Aktualności

06.01.2018r.
Wciąż żyję.
Szok. Ta, wiem.
Oxymora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vexa Lamory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vexa Lamory. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2014

M - Bóg kłamstw.

"Trzeba kłamać, by robić to,
na co na co ma się ochotę."
~Barbara Rosiek


Stoję na krawędzi.
                Jeden krok, dwadzieścia pięter i strach. Dokładnie tyle dzieli mnie od betonu, którym wyłożono ziemię poniżej. Wiatr kołtuni moje włosy, jakby igrał z moim napiętym do granic karkiem. Mięśnie niczym struny skrzypka, oddech próbujący nadążyć za tętnem. Adrenalina rozchodzi się po mnie niczym narkotyk, ale nie jest to sygnał walki. To zwykła próba ucieczki.
Tchórz.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić. Potrafię.
Patrzę w dół.
I nagle od ziemi dzieli mnie tylko dwanaście pięter i strach.
To nie odwaga. To głupota. Za dwanaście pięter nie będzie już strachu. Będzie zgrzyt kości o kamień, będzie trzask łamanej czaszki. Będzie krew. I będzie śmierć.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić.
Lecę pionowo w dół, przybliżając się do gruntu. Ile mi zostało? Dziewięć pięter? Osiem? Koniec strachu. Tylko ciekawość. Zainteresowania, co stanie się te kilkanaście metrów niżej. Czy się uda? Czy może przeforsowałem?
   Wiatr ocierał się o mnie, odrzucał włosy w tył, wyciskał łzy. Do czego jestem zdolny? Jak daleko mogę się posunąć?
Nigdy nie przestaniesz sprawdzać? To koniec. Rozbijesz się. Tam jest grunt, tam czeka twój kres.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić.
 W jaki sposób? Z zaświatów? Nie możesz zakwestionować grawitacji.
                Nie, to nie prawda. Założysz się?
Nie ma sposobu na potwierdzenie twardości ziemi. Nie istnieje żaden dokument, żaden certyfikat świadczący o rzeczywistym zbiciu masy. Nie oficjalnie. Nie stoi tam nikt, kto mógłby potwierdzić jej istnienie. A  co za tym idzie, równie dobrze może ona być kłamstwem.
A kłamstwo pozostaje prawdą tak długo, jak ktoś w nie wierzy.
Nie mam nikogo, kto mógłby uwierzyć, że tam na dole zginę. Ja za to wierzę, że będzie odwrotnie. Jeden do zera.
 Nieprawda. Nie możesz negować twardości ziemi. Nie wierzysz w to. Ja w to nie wierzę.
                Więc nie wierz w ziemię, wierz we mnie.
Nie mogę. Jesteś kłamcą. Jak mam w ciebie wierzyć?
                Dobrze. Więc po prostu mi zaufaj.
                Dwa piętra. Zwalczając opór powietrza, wyciągnąłem przed siebie rękę z wystawionymi dwoma palcami. To wszystko kłamstwo, nie prawda. Zamknąłem oczy. A kłamstwo nie może zabić w tak fizyczny sposób. To niemożliwe. Wiem, że nie. Wiem też, że wcale się nie rozbiję.  Dlatego nadal mam zamknięte oczy. I uśmiech na ustach.
Nie uwierzysz.
                Chcesz się założyć?
Przeżyłeś.
                No widzisz. Jednak uwierzyłem. Zadziałało. Znowu.
Tak, tak, niesamowite. Ale kim ty jesteś, by kwestionować materię? Kim ty jesteś, by decydować o prawdzie?

                Jestem bogiem kłamstw. I właśnie ci pokazałem, że potrafię to udowodnić. 

_______________________________________________________________
   Wyjątkowo, brak komentarzy z mojej strony. Po prostu czytajcie, komentujcie, jeśli możecie. Przepraszam, że krótko, ale niektórych rzeczy nie należy niepotrzebnie rozciągać.

piątek, 15 listopada 2013

LE- Cukier.

Fandom: Sherlock BBC (Parodia absurdalna)

- Nie możesz być z Sherlockiem! Zabraniam ci! Albo on, albo ja!
    Mary krzyczała na całe gardło, a histeria zdawała się wypełniać całą ulicę. Kłótnia rozpoczęła się jakąś godzinę temu i jak do tej pory nie ustawała. Choć może właściwszym określeniem byłby monolog, ponieważ panna Morstan (jednym z powodów awantury była gorycz spowodowana brakiem jakichkolwiek działań ze strony Johna w sprawie pierścionka zaręczynowego) postanowiła urozmaicić swemu partnerowi to słoneczne popołudnie kilkoma tysiącami wyrzutów, jakoby czuła się stawiana na drugim miejscu.
   - I…I…I jeszcze w dodatku ostatnio zrobiłeś mu herbatę! I dałeś mu do niej dwie kostki cukru! Mnie nigdy nie dajesz dwóch kostek cukru! Dlaczego ja nie dostałam dwóch kostek cukru, John!?! Czy w twojej opinii zasługuję tylko na jedną?! A może jestem według ciebie za gruba?! Myślałam, że akceptujesz mnie taką jaką jestem, ale teraz widzę jak wielki błąd popełniłam! Uważasz mnie za niegodną ciebie?! Oczywiście, nieustannie mnie krytykujesz, poniżasz mnie! Dlaczego nie dajesz mi dwóch kostek cukru John?! Czy aż tak mało dla ciebie znaczę?! Czy to, co było między nami, znikło? Och, czy kiedykolwiek istniało?! Zraniłeś mnie, och, jak straszliwie mnie zraniłeś! Moje serce rozpadło się na kawałki, jakbyś pociął je tym swoim skalpelem! Jestem pusta w środku! Moją czarną duszę wypełnia rozpacz! Czy me łzy nic dla ciebie nie znaczą?! Jak możesz bezdusznie patrzeć, jak cierpię?!  Moja matka miała co do ciebie rację! Mówiła mi, że John Hamish Watson to…
   Niestety, Johnowi niedane było dowiedzieć się, co szacowna rodzicielka Mary (niech ją piekło pochłonie za wydalenie z siebie ów diabelskiej latorośli) sądziła o doktorze, w tym bowiem momencie kula kalibru 36 przeszyła jej czaszkę, wydając przy tym odgłos będący ciekawą mieszaniną skrzypienia drzwi i pisku wściekłego kota, któremu ktoś nadepnął na ogon. Panna Morstan upadła na podłogę przy krótkim krzyku Johna. Były żołnierz spojrzał z przerażeniem na truchło swej partnerki. Gdzieś w tej mniej dbającej o przyzwoitość części umysłu doszedł do wniosku, że jej niegdyś alabastrowa skóra zdążyła już pokryć się pierwszymi zmarszczkami. No i faktycznie, ostatnio przytyła.
   Watson odwrócił się, stając oko w oko z Jimem Moriartym. Kryminalny doradca wciąż trzymał uniesiony pistolet i uśmiechał się pod nosem. Stał w drzwiach pobielanego, wyłożonego kafelkami pomieszczenia, dokładnie naprzeciwko głównego pokoju w którym odbywała się ostatnia sprzeczka.
   - Moriarty! Co ty zrobiłeś?! I jakim cudem dostałeś się do mojej łazienki?! – John odskoczył czym dalej od geniusza zbrodni, starając się całą swoją uwagę skupić na powadze, a nie na niedorzeczności sytuacji.
   - John, John, John… - Jim pokręcił z politowaniem głową. - Czyż to nie oczywiste? No tak, zapomniałem, nie ma tu twojego pana, biedny piesek nic nie rozumie… Swoją drogą, pragnę przedstawić ci mojego własnego pieska. – Pstryknął palcami. – O, Sebastianie!
   Drzwi kredensu o wymiarach 1,5m x 1m otworzyły się z hukiem, by po chwili wygramolił się z niego przynajmniej ośmiostopowy, barczysty facet z największą bronią snajperską, jaką Watson miał okazję w życiu widzieć. Skinął on przepraszająco w stronę mężczyzn i schylił się, by wyciągnąć duży stojak, wiatromierz oraz jakieś przyrządy miernicze.
   - Dlacz…Jak….Co… - pytania zamierały w ustach Johna, przerażone możliwością uzyskania odpowiedzi. – Co wy tu właściwie robicie? – rzucił w końcu w stronę Moriarty’ego.
   - Cóż, chętnie wyjaśniłbym ci wszystko dokładniej, ale ogólna konkluzja jest taka, że muszę cię uśmiercić, aby załamać emocjonalnie mojego arcywroga, Sherlocka Holmesa. Jednak, chcąc być pewnym rezultatu, zatrudniłem w tym celu specjalistę, pana Morana- tu skinął głową w kierunku olbrzyma, który z przepraszającym za długie oczekiwanie uśmiechem, składał spokojnie stojak na swą spluwę. – Proszę się nie śpieszyć Sebastianie, niech pan wszystko sobie poustawia. A więc, o czym to ja…
   Dalszą część wypowiedzi Jima przerwał trzask grzmoconego z impetem szkła. Okno niespodziewanie wyskoczyło z framugi w postaci nieszczególnie spójnego witrażu na podłodze doktora.  Wraz ze szczątkami szyby do salonu wpadła strzelista postać w długim, powiewającym niczym peleryna płaszczu i błękitnym szaliku.
   -Nie obawiaj się, John! Ja cię uratuję!- Sherlock skoczył na równe nogi, zasłaniając tym samym Watsona.
- Sherlock jak ty… Czem… TO MIESZKANIE NA SIÓDMYM PIĘTRZE!- wypalił w końcu dawny wojskowy, czując zbyt wielkie przytłoczenie absurdem całej sytuacji.  – JAK?!- to pytanie odniósł do ogółu sytuacji.
- Och, jakże mały jest Twój móżdżek… - Holmes westchnął rozdzierająco i odsunął się tak, by patrzeć doktorowi w oczy. – Czyż to nie oczywiste? Otóż rachunek, który ostatnio przyniosłeś w kieszeni po zakupieniu jajek posiadał na sobie pyłek hiacyntów. Ta roślina rośnie tylko w pewnym szczególnym sklepie ogrodniczym w Londynie, wysłałem więc bezdomnych, by powiadomili Mycrofta, by powiadomił Molly, by powiadomiła Grega, że ostatnie wnioski w sprawie zaginionych kolczyków są błędne, co doprowadza nas do jakże czystych faktów, mówiących o przewidywalnej ingerencji austriackich mimów oraz tego łysego chomika, który żeruje pod sklepem Angelo. W każdym razie, jak się zapewne domyślasz, miało to ścisły związek ze sprawą przedartych koszul…
   John doszedł do wniosku, że dzisiejsze rozmowy mają zbyt dużą tendencję do bycia przerywanymi. Ten raz szczególnie mu się nie spodobał. Być może miał na to jakiś wpływ fakt, iż został postrzelony.
Na nieszczęście monologu detektywa, Sebastian właśnie skończył rozstawiać sprzęt i postanowił wykonać zlecenie. Kula wbiła się z impetem w pierś Johna i rzuciła nim do tyłu.
  Rozpaczliwy krzyk Holmesa wypełnił pokój. Detektyw padł na kolana przy leżącym przyjacielu i z rozgorączkowaniem próbował unieść jego głowę na swoje kolana. Z roztrzęsienia nie szczególnie mu to wychodziło, zdołał więc grzmotnąć potylicą Johna o podłogę co najmniej dwa razy.
- O mój boże, John, błagam, nie umieraj, nie zostawiaj mnie, John, błagam… - mamrotał gorączkowo Sherlock. Niedawna ofiara postrzału zdążyła w tym czasie dojść do wniosku, że pocisk przeszył ten paskudny sweter od Mary, w którym musiał się pocić całe lato. Teraz jednak stwierdził, iż warto było cierpieć. Najwidoczniej kula dotarła do połowy wełnianej podłogi i zatrzymała się z obrzydzenia dla paskudnego wzoru... Z zewnątrz dobiegło go wycie policyjnych syren i tryumfalny krzyk Jima. Owszem, czuł ból, ale bardziej z powodu siniaków na głowie, niż pocisku w swetrze. Postanowił podzielić się tym wnioskiem z Holmesem.
-Sherlock, ja…
- Ciiii… - detektyw pogłaskał go po policzku. – Nic nie mów. Ja wiem – oznajmił.
Po czym Sherlock William Holmes pocałował Johna Hamisha Watsona.
   Zaskoczony doktor zauważył, że pozycja, w której Sherlock go trzymał, była nad wyraz strategiczna - nie mógł zrobić nic, by się wyrwać czy choć zaprotestować. Doszedł go jednak odgłos pośpiesznych kroków na schodach. Jak miło. Ktoś w końcu wchodzi drzwiami.
   - Nie ruszać się, polic…O w mordę. - Zdyszany Gregor Lestrade zatrzymał się w połowie drogi przez pokój, patrząc na namiętnie wpijającego się w lekarza Sherlocka. – A niech mnie – mruknął, mrugając ze zdziwienia. Następnie powiódł wzrokiem po Jimie i Sebastianie, jakby zobaczył ich po raz pierwszy. Opuścił broń i rzucił się po tłuczonym szkle w stronę wybitego okna. Wychylił się możliwie najdalej i wrzasnął ku stojącym w dole policyjnym wozom: – Anderson, wisisz mi piątaka! Mówiłem ci, że to zrobią! - ryknął na całą ulicę, szczerząc się jak wariat. – A jak już idziesz, to przynieś mi kawę. Tu jest snajper i homoseksualiści, nie mój wydział.
   W tym czasie Sherlock zdążył już oderwać się od Watsona i pociągając nosem, wstał, celując w Jima oskarżycielsko palec. John stwierdził, że detektyw chyba nie zarejestrował, iż ma się dobrze, nie licząc lekkiego szoku. To niełatwe, dowiedzieć się o swojej gejowskiej naturze po tak licznych rozważaniach, czemu wszystkie kobiety od niego odchodzą.
- Zabiłeś go, Moriarty. I teraz ja zabiję ciebie.
- Sherlock, wiesz, że wszystko ze mną w porządku, prawda?
- Wyrwę ci serce, byś mógł cierpieć tak jak on w swych ostatnich chwilach…
- Nie przesadzaj, całujesz całkiem nieźle…
- Był absolutnie niewinnym człowiekiem, a jego śmierć będzie cię kosztować więcej niż cokolwiek innego…
- Sherlocku, naprawdę, wszystko ze mną w porządku.
- Spłoniesz, Jimie, spali cię twój własny ogień…
- SHERLOCKU, NIE BĘDZIESZ OSMALAŁ MI TU ŻADNYCH DYWANÓW!
   Holmes zdawał się zapomnieć o istnieniu Johna, tak jak cała reszta zapomniała obecnie o ciele martwej kobiety rozłożonej na podłodze salonu. Aż do tej chwili, gdyż Greg, ciesząc się z wygranego zakładu, potknął się o jej łydki, wpadając na sprzęt strzelniczy Sebastiana. Ten zachwiał się, spróbował chwycić swą cenną strzelbę i przewrócił na szafę, kompletnie ją demolując. Szczątki mebla zwaliły się na Jima niczym lawina.
   Sherlock stał przez chwilę z dość głupią miną, usiłując zarejestrować fakt, iż jego wróg właśnie zginął przygnieciony stertą sklejki. Interesujące.
- Może lepiej już chodźmy? - John z powątpiewaniem spojrzał na ludzkie domino na swojej podłodze. Holmes odwrócił się z wyrazem absolutnego zaskoczenia na twarzy.
- John! Ty żyjesz! - wykrzyknął zachwycony i chwycił lekarza w objęcia. Ten tylko westchnął cicho pod nosem.

- Mary miała rację, muszę ograniczyć ci cukier.


~~~~~~~~~~~~~~~
Proszę teraz oszołomionych zapewne lekko czytelników o wyobrażenie sobie następującej sytuacji:
Jest piąta nad ranem. Niektórzy wciąż śpią, niektórzy już wstają. Tylko pewne dwa no-lify, które nie wiedzieć czemu ów nocy nie zmrużyły oka na rzecz bezsensownego gapienia się w komputer, rozmawiają na Skypie. Ich rozmowa nie jest szczególnie składna, jednak nagle schodzi na dość nieoczekiwany tor.
No-Life nr.1 : Nie chce Mary w trzecim sezonie Sherlocka......
No-Life nr.2 : Ale będzie. Na pewno. Zagra ją prawdziwa żona Freemana...
NL1: Ale ja jej nie lubię. Zabiera Sherlockowi Johna. Niech ją zabiją!
NL2: Martinowi będzie smutno...
NL1: Nie obchodzi mnie to. Zabić!
NL2: No ale....
NL1: ZABIĆ.
NL2: Jak ci aż tak na tym zależy, to napisz sobie notkę i tam ją zabij...

I tak właśnie potwierdziła się zasada, że mi nie poddaje się głupich pomysłów o piątej nad ranem. Nie odpowiadam za urazy psychiczne.
Enjoy.

niedziela, 22 września 2013

M: Stara przyjaciółka.

   Alice siedziała na swoim łóżku, patrząc w pustkę bez żadnego konkretnego celu. Czuła się dziwnie pusta w środku, równie dobrze cały świat mógł w ogóle nie istnieć, a ona pewnie nawet nie zwróciłaby na to uwagi. Musiała przyznać, przynajmniej przed samą sobą, że dokuczała jej samotność. Ostatnie miesiące nie były dla niej łatwe, pełne wrażenia, że wszyscy się od niej odwrócili, spędzone w odosobnieniu. Wcześniej zawsze był przy niej ktoś, na kogo mogła liczyć i myśl o braku tego wsparcia nawet nie przechodziła jej przez głowę. A potem nagle… Tak naprawdę do tej pory nie wiedziała, co dokładnie się stało, jedyne, z czego zdawała sobie sprawę to ta okropna samotność.
 — Zostawić cię samą na pięć minut i już popadasz w czarną rozpacz.
 Obcasy wysokich kozaków stuknęły o podłogę przerywając zastygłą w pomieszczeniu ciszę. Wysoka dziewczyna przeszła wolnym krokiem przez pokój, taksując wszystko krytycznym spojrzeniem piwnych oczu.
 — Z tego co pamiętam, gust też miałaś lepszy — skrzywiła pogardliwie wąskie usta przybyszka. Rozejrzała się po raz kolejny, utrzymując nieregularne brwi ściągnięte nad zadartym nosem. Jasne światło wyostrzyło i tak już wyraziste rysy jej twarzy, nadając tym samym ostrości żyletki kościom policzkowym dziewczyny. Czarne, związane ciasno włosy przeleciały przez jej ramię, gdy w końcu odwróciła się, by spojrzeć na Alice.
 Siedząca na łóżku dziewczyna była zasadniczo drobna. Delikatną twarz otaczał wianek rozczochranych, jasnych włosów odcieniem pasujących do herbatnikowych tęczówek. Nieduży, okrągły nos zdradzał skłonności do częstego marszczenia nad ładnymi, pełnymi ustami. Stanowiła przeciwieństwo przybyłej przed chwilą postaci. Różnice nie opierały się jednak jedynie na wyglądzie. Owszem, efekt wizualny pogłębiał wrażenie, iż nie mają ze sobą nic wspólnego, lecz prawdziwą przepaść stanowił styl bycia. O ile Alice kuliła się lekko z podciągniętymi pod brodę nogami i wypełnionymi pustką oczyma, o tyle czarnowłosa emanowała swoistą pewnością siebie. Posiadała sprężysty, energiczny krok i stanowcze spojrzenie, zdające się rzucać wyzwanie całemu światu.
 Nie było mowy o jakimkolwiek związku między dwoma dziewczynami, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo to, wyższa z nich bezceremonialnie rozciągnęła się na łóżku obok, jakby była to najnormalniejsza kolej rzeczy na świecie.
 — Nie powiedziałabym, że było to pięć minut — burknęła ponuro blondynka, ale dało się zauważyć, że rozluźniła nieco postawę, a jej rysy twarzy się wygładziły.
 — Szczegóły. — Czarnowłosa machnęła lekceważąco ręką, wykładając nogi na zagłówek posłania. Westchnęła z lubością i kątem oka spojrzała na rozmówczynię. — No dobra, to co teraz?
 Alice zmarszczyła brwi i spojrzała na dziewczynę pytająco.
 — Co masz na myśli? — spytała.
 — Jak to co? — Piwnooka uśmiechnęła się i spojrzała na blondynkę, jakby licząc, że ta zaraz przyzna się do jakiegoś żartu. Mina dziewczyny pozostała jednak poważna i wyczekująca. Towarzyszka Alice przesunęła ręką po twarzy, prychając z irytacją. — Chyba mi nie powiesz, że tu zostajesz? — Właścicielka kozaków usiadła gwałtownie, obserwując rozmówczynię. — Hej, wróciłam, możesz już zrobić krok — rzuciła, uśmiechając się niewyraźnie. — No dawaj, przecież obie wiemy, że pora nadrobić zaległości. A te masz spore.
 Jasnowłosa przygryzła wargę i jakby skuliła się w sobie.
 — Ja… — zaczęła tak cicho, że ledwo było ją słychać. — Ja, nie, ja nie mogę… Nie chcę — szepnęła, nie patrząc na towarzyszkę. — Cat, ja z tym skończyłam… — Podniosła niepewnie wzrok.
 — O nie — czarnowłosa jęknęła i zrzuciła nogi na podłogę. Przesunęła ręką po włosach zirytowanym gestem. — Słuchaj, już o tym rozmawiałyśmy. Pamiętasz? Wiele razy „kończyłaś”. Naprawdę, gratuluję rezultatów — prychnęła. Oczy drugiej dziewczyny pełne jednak były wątpliwości, nerwowo przebierała palcami. Spojrzenie Cat złagodniało. Pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. — Al, którą z nas próbujesz okłamać? Ja wiem, co tak naprawdę myślisz. Wiem, dlaczego próbowałaś z tym skończyć. Wiem, jak się boisz. Wiem, czemu nie powinnaś… Ja po porostu wiem, że możesz. A przede wszystkim wiem, że chcesz.
 Blondynka mocniej zacisnęła ręce wokół kolan i pokręciła delikatnie głową, jednak gest ten wydawał się być skierowany bardziej do niej samej, niż jej towarzyski. Milczała dłuższą chwilę, a Cat nic nie mówiła, wiedząc, że tego właśnie potrzebuje. Po chwili Alice się odezwała:
 — Wszyscy się ode mnie odwrócili… — Wzrok miała wbity w podłogę. — Nawet ty odeszłaś — szepnęła, po czym zwróciła się w stronę przyjaciółki i spojrzała na nią przeszywającymi oczami pełnymi smutku. — Jak mogę tego chcieć…?
 — Jak mogłabyś tego nie chcieć? — Czarnowłosa poderwała się niespodziewanie i złapała Alice za ramiona, zrównując jej oczy ze swoimi. Tęczówki pełne obaw zwarły się z tymi pełnymi zawziętości. — To nie była twoja wina. To oni zawiedli, to oni cię zostawili. To był ich błąd. Zostawili cię, gdy ich potrzebowałaś, byli ślepi, nie chcieli widzieć. — Cate mówiła cicho, prawie szeptem, wyrzucają słowa coraz szybciej. Jej oczy gorzały. — Ale ja byłam. Ja nigdy cię nie zostawiłam, Al. Zawsze gdzieś byłam, dobrze o tym wiesz. Potrzebujesz mnie. Ja potrzebuję ciebie. Ale bez tego… — przerwała, wciąż usilnie wpatrując się w rozmówczynię. — Ja jestem tego częścią, Al. Odrzucając to, odrzucasz mnie. Ja nie odeszłam. Odepchnęłaś mnie. — Przez twarz Cat przebiegł grymas bólu i zawodu. — Ale ja wybaczam. Wybaczyłam ci już dawno, Al, już bardzo, bardzo dawno. Chociaż to boli wiesz? Za każdym razem, gdy kończysz, odpychasz mnie. Ale ja wciąż jestem, rozumiesz? Ja zawsze będę. Więc po prostu zrozum. Zrozum, że cię potrzebuję, że ty potrzebujesz mnie. Jestem jedynym, co masz. Dlaczego zatem tak bardzo się upierasz? Dlaczego chcesz być samotna, Al? Tak nie musi być, dobrze o tym wiesz…
 Blondynka wwiercała wzrok w oczy rozmówczyni, jakby chciała przejrzeć ją na wylot, upewnić się, że to, co mówi, jest prawdą. Jakby szukała zapewnienia, że nadal może na kogoś liczyć.
 — Nie zadręczaj się. Każdy zasługuje w życiu na szczęście, dlaczego nie ty? Dlaczego inni mogą ranić i być ślepi, dlaczego oni mogą być szczęśliwi? Co stoi ci na przeszkodzie? Co jest granicą, ścianą, która odgradza cię od spokoju? — Cat uparcie wytrzymywała spojrzenie dziewczyny, mówiąc z coraz większym przejęciem. — To ty, Al. Jesteś swoją jedyną przeszkodą, jedynym ograniczeniem. Daj sobie szansę, Alice. Szansę na spełnienie…
 — DOŚĆ! DOSYĆ, PRZESTAŃ! — wrzasnęła dziewczyna, chwytając się za głowę. — Nie chcę, nie rozumiesz?! Nie chcę! To nie ja, tylko ty! Daj mi z tym wreszcie spokój! Nie będę cię już więcej słuchać! Robiłam to przez pół życia i zobacz, jak to się skończyło! Nie mam zamiaru tego powtarzać! W przeciwieństwie do ciebie, JA uczę się na błędach! A to, co robiłam to był jeden wielki błąd!
 — To nie były błędy, Alice! — krzyknęła Cat, znów łapiąc blondynkę za ramiona i zmuszając do ponownego spojrzenia sobie w twarz. — To był uśmiech na twojej twarzy, to był spokojny sen w nocy! To było ukojenie. Oni popełnili dużo większą pomyłkę. Oni na to ZASŁUŻYLI, Alice. Sami byli sobie winni. Ty zrobiłaś to, co musiałaś. To była sprawiedliwość. I to nie ja jej chciałam. To ty jej pragnęłaś, Alice. Ta sprawiedliwość do ciebie należała. — Niespodziewanie pomiędzy gorączkowym krzykiem w głowie blondynki pojawiła się niepokojąco spokojna myśl. Gdzieś wśród huraganu umysłu wyklarował się jeden chłodny, właściwie nic nie znaczący fakt. Cat nie była jej całkowitym antonimem. Dopiero teraz, patrząc na płonące policzki i rozszerzone źrenice pojęła tę wyraźną cechę, łączącą je obie. Jak mogła tego wcześniej nie widzieć? — Nie musisz mnie słuchać, Al. Nie musisz robić niczego. I tym bardziej nie musisz tu tkwić. Nie musisz powstrzymywać tego wyjącego w twojej głowie instynktu, mówiącego, że nie musisz się zadręczać. Posłuchaj go. Uwierz jemu, jeśli nie chcesz mi. Ale ja nie kłamię, Al, ja nigdy cię nie okłamałam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co nie miałoby na celu twojego szczęścia. — Cat delikatnie pogłaskała wierzchem dłoni policzek dziewczyny. — Jako jedyna. Jako jedyna, zawsze byłam twoim przyjacielem. Wiecznym i jedynym. Zaufaj mi, Al. Zaufaj mi jeszcze ten jeden raz, a będziesz szczęśliwa. — Czarnowłosa spojrzała jeszcze raz na obawy na twarzy rozmówczyni, na ostatnią ścianę szkła, którą musiała zburzyć. Ujęła twarz dziewczyny w dłonie i szeptem wymówiła ostatnie zdania. — Świat jest okrutny, Alice. A to jest twoją jedyną morfiną.
 Blondynka siedziała bez ruchu, wpatrując się w swoją towarzyszkę. Przez jej głowę przelatywały wszystkie ich wspólnie spędzone chwile, wszystkie wspomnienia z poprzednich kilku miesięcy. Wspomnienia, których do siebie nie dopuszczała, odczucia, które odrzucała. I wtedy właśnie zrozumiała, że jednak chciała to robić. W tym jednym momencie przypomniała sobie, jakie zawsze towarzyszyło temu uczucie, jak dobrze się czuła przez tyle czasu. Jak znajome były nieskładne fale hebanowych włosów, rozlewające się po plecach, jak oczywiste stały się zmarszczone ironicznie brwi. Niezaprzeczalnie dokładne, energiczne ruchy chudych dłoni, jak poprawne wydawały jej się zaróżowione policzki, przypominające gorączkę. Sam fakt bytu dziewczyny sprawiał wrażenie tak naturalnego, tak właściwego, jakby była tlenem. Wszystko to dawało jakże cudowne poczucie bezpieczeństwa. Stabilności, której tak brakowało jej przez ostatnie tygodnie. Tej podbudowującej znajomości każdego szczegółu czarnowłosej, jasności we wszystkim, co robiła i posiadała. Dopiero teraz, patrząc po raz enty na tę należną twarz, dostrzegła tę nader widoczną cechę, łączącą je obie. Wciąż nie potrafiła wyjaśnić, jakim cudem jej to umknęło. Coś tak prostego, coś tak nieznaczącego…
 Oczy.
 Obie miały te same, płonące złotem oczy.
 Alice przełknęła ślinę i lekko skinęła głową.
 — Zgoda — mruknęła, ponownie kiwając głową, jakby chcąc pozbyć się resztek wątpliwości. — Zgoda — powtórzyła pewniej.
 Twarz Cat rozbłysła rzędem białych zębów ukazanych w szczerym, szerokim uśmiechu. Patrząc na jej dynamiczny styl bycia, można by pomyśleć, że po osiągnięciu swego celu poderwie się, rzuci w wir działania, wyznając zasadę, iż lepiej najpierw strzelać, później pytać.
 Ale tak się nie stało. Dziewczyna pozostała w miejscu, uważnie wpatrując się w twarz Alice, szukając jakichkolwiek oznak zwątpienia, zmian decyzji. Bezowocnie. Jej oczy zabłysły uznaniem.
 — Wiesz, co robić — stwierdziła tylko cicho, ostrożnie łapiąc prawy nadgarstek blondynki. Ta zmarszczyła brwi w wyrazie zdumienia, podążając wzrokiem za prowadzoną przez jej rozmówczynię ręką. Przy zagłówku prostego łóżka ustawiono niewielką szafkę nocną, zastawioną niewiele znaczącymi przedmiotami. Książka, ołówek, zeszyt o białych kartkach. I szklanka wody. To właśnie ją złapała, pewnie kierowana przez dłoń czarnowłosej. Zacisnęła palce na chłodnym szkle.
 I zrozumiała.
 Spojrzała jeszcze raz na Cat, a ta skinęła na nią ponaglająco, zagryzając wargę, by powstrzymać chichot. Jej oczy się śmiały, jakby stały się tylko nastolatkami, podekscytowanymi złamaniem jakiejś niewinnej zasady. Ale czy nie tym właśnie były? Dwójką ludzi, chcącą uczynić własne życie nieco bardziej zabawnym. Alice uśmiechnęła się delikatnie.
 Po czym cisnęła naczyniem o podłogę.
 Odłamki wzniosły się i opadły niczym pierwszy śnieg, ścieląc podłogę ostrym dywanem. Woda rozpełzła się wokół mokrymi nitkami, tworząc kałużę na środku pomieszczenia. Cat parsknęła śmiechem, a blondynka zakryła usta dłonią, by nie wystraszyć przebywających za ścianą osób swym nagłym wybuchem. Wymieniając z Al rozbawione spojrzenie, czarnowłosa postukała wymownie ręką w miejsce rozbicia szklanki. Jej towarzyszka pochyliła się i podniosła z ziemi jeden z większych, szpiczaście zakończonych kawałków. Ostre krawędzie otwarły skórę na jej palcach, a szkarłat spłynął ku dołowi.
 — Tęskniłaś za tym kolorem, nieprawdaż? — mruknęła zachęcająco Cat, patrząc na skaleczenie. Alice próbowała skarcić ją spojrzeniem, ale zbyt dobrze wiedziała o racji przyjaciółki. Czarnowłosa zaraziła ją też swym entuzjazmem, a teraz, czując kotłującą się w sercu adrenalinę, nie potrafiła myśleć o tym w kategoriach zła.
 — Na pewno słyszeli jak zniszczyłam szklankę. Zaraz tu przyjdą — odparła za to, przygryzając lekko wargę. Uśmiech nie spełzł z warg dziewczyn.
 — Wiem. O to nam przecież chodzi.
 Kroki odbiły się echem po sterylnym korytarzu i wpadły do środka pokoju. Chudy, szpakowaty lekarz po czterdziestce, przekręcił gałkę prostych, zamykanych od zewnątrz drzwi. Zakrzywiony, spory nos zwisał spomiędzy małych oczu o dobrodusznym spojrzeniu. Rzadkie na czubku głowy włosy zaczesane były do tyłu, miejscami dorównując kolorem białemu kitlowi narzuconemu na szpitalny uniform. Przekroczył próg niedużego, prostego pomieszczenia o śnieżnych ścianach bez okien. Jedynymi meblami w tej wątpliwej komnacie były dwa stojące naprzeciwko siebie łóżka i dość uboga szafka nocna. Kafelkowa podłoga została zalana wodą, a szkło rozpierzchło się po całej długości. Prócz tego, pokój był całkowicie czysty, uporządkowany i prawie pusty. Prawe, bowiem jedno z posłań zajmowała drobna blondynka w prostym stroju pacjenta. Jej obecność stanowiła jedyny odbieg od standardowego obrazu opuszczonych pomieszczeń.
 — Pielęgniarki skarżyły się na jakiś hałas — oznajmił doktor, wchodząc do środka z notatnikiem i długopisem w ręku. Patrzył na dziewczynę podejrzliwie, żądając wyjaśnień.
 — Strąciłam szklankę — odparła jedynie blondynka, uśmiechając się przepraszająco. Delikatnie zasłoniła nogą rękę trzymającą odłamek.
 — No cóż, zdarza się. — Lekarz uśmiechnął się mniej podejrzliwie, spoglądając znów do swych zapisków. Mruknął coś pod nosem i znów przeniósł wzrok na siedzącą samotnie dziewczynę. — To już tydzień od odstawienia leków, Alice. Moje gratulacje. — Wzrok mężczyzny wyraźne się ocieplił, by znów paść na zapisane kartki. — Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku?
 Alice spojrzała na roześmianą Cat, która, siedząc na drugim łóżku, przykładała palec do ust. Uśmiechnęła się delikatnie i zacisnęła palce na kawałku szkła.

 — Tak. Teraz już tak.
______________________________________
Jak widać powyżej, ostatnio idziemy na całość i publikujemy coś-niecoś trochę częściej. Radzę się nie przyzwyczajać, ale póki co cieszmy się tym jakże niezwykłym stanem rzeczy. 
Co do samej notki, raczej nie mam zbyt wielu uwag. Pisana była wspólnie, z podziałem na "role", że tak powiem. Starring by:
Oxymora- Alice
Vexa Lamory- Cat
Publikuję ja, ponieważ większa część tekstu jest moja (bo Oxy jest leniwą asgardzką kozą. Tak, oficjalnie zezwalam na hejotwanie jej na jej własnym blogu. Mogę zacząć). Pisało się przyjemnie, bardziej dla samej przyjemności tworzenia. Kto wie, może jednak się spodoba i Oxy nie wścieknie się, że tak po niej jeżdżę? W razie czego, proszę o komentarze. Będzie patrzeć na komentarze= nie będzie patrzeć na moje hejty. I wszyscy będą szczęśliwi :)
Czekolady, Naleśników, Masła Orzechowego, 
Vex

(EJ! Wcale nie jestem leniwą, asgardzką... Nie, zaraz...)

EDIT!
Otóż znalazłam TO na tumblrze i po prostu nie mogłam się oprzeć. No spójrzcieże na to!
Pozdrawiam,
Oxymora

niedziela, 8 września 2013

Ulice Londynu

Fandom: BBC Sherlock
  Cichy mrok sączy się nieśmiało przez kotary nikłego deszczu. Mżawka wisi w powietrzu i wbrew wszelkim prawom natury, zdaje się trwać nieskończenie w jednym miejscu. Chłód wciska się w każdą możliwą szczelinę. Zastygłe w kałużach chodniki nie niosą dziś ze sobą tłumów, wnętrza sklepów nie goszczą dziś zbyt wielu. Latarnie obrzucają ulice zużytym, zmęczonym światłem, które służy bardziej do podkreślenia cieni miasta, niźli rozproszenia ich. Niskie sklepienie czarnych chmur zwiesza się ponad Londynem, nie dając choćby cienia nadziei na ukazanie dzisiejszej nocy gwiazd. Wiecznie ruchliwa Anglia usypia, kołysana tykaniem jakże daleko już posuniętych wskazówek zegara.
  Noc zakrywa mój postawiony wysoko kołnierz, moje włożone w kieszenie ręce, moje wolno posuwające się nogi.  Pojedyncze samochody migają krótko obok, niby spadające gwiazdy. Idę  powoli, metodycznie obserwując wszystko wokół.  Długie godziny trwają, wypełnione jedynie przez deszcz i ciemność. Przez błoto na chodnikach i śmieci w zaułkach.  Przez przemykających chyłkiem mieszkańców oraz zgarbione pod dachami gołębie. Przez Londyn.
Pora nakazuje rozsądkowi powrócić w cztery ściany, przypomina o potrzebie snu. Ale ja nie chcę wracać. Nie mogę. Nie potrafię tak po prostu położyć się w łóżku, nie potrafię tak po prostu zapaść w objęcia Morfeusza. Nie potrafię. Zbyt boję się tego, co może się zdarzyć.
Najbardziej przerażają mnie poranki.
   Czasami wiszę nad ledwie zauważalną granicą snu i jawy. Krążę przy niej w słodkim zapomnieniu, zbawiennej nieświadomości. Umysł wciąż pozostaje w letargu, choć powieki drgają już, niecierpliwe rozwarcia. Przypadkowe  myśli  gdzieś z wnętrza głowy przewracają się przed zatrzaśniętymi oczami i choć pozbawione sensu, dają pewne ukojenie swym  spokojem.  Cienka linia cichutko pęka, choć ja wciąż tkwię zatopiony w pościeli.
I wtedy wyciągam rękę, by chwycić moją laskę.
Ale jej tam nie ma.
  A rzeczywistość rozdziera mi serce na części, każdego ranka niweczy wszelkie próby połatania go.  Wspomnienia osaczają mnie z każdej strony, z początku nieskładne, powoli sklejając się w jedną przerażającą prawdziwą całość. Czar pęka, a świat upomina się o swoje i otula mnie swym zimnym cielskiem.
Siedzę wtedy na łóżku. Całkowicie obudzony,  aż nadto trzeźwy. Siedzę bez najmniejszego ruchu,  oddychając powoli.
I chce mi się krzyczeć.
 O tym, że  za każdym razem jest gorzej. Że nie umiem poradzić sobie z ciszą zaległą poniżej schodów. Że nie daje rady ciągłej pustce. Że nie umiem już spojrzeć sobie w oczy. Że Baker Street jest mi obca, choć znam wszystkie jej zakątki.
  A mimo to milczę. Pokornie pozwalam, by pamięć otwierała swe wrota wciąż na nowo i odtwarzała w głowie wszystkie błędy. Rzeczy, którym chciałem, którym powinienem i którym mogłem zapobiec. Niedopowiedzenia, które zawisły mi na ustach na zawsze. Wątpliwości, których nie rozwieję. I myśli, których nigdy nie wypędzę z mojego umysłu.
   Właśnie dlatego staram się nie zasypiać. Bo boję się wschodu słońca, bo to, co znajdę po przebudzeniu będzie gorsze od nocnych mar. To mnie przeraża.
  Spaceruję więc pośród kałuż na chodnikach. Włóczę się nieostrożnie po mokrych ulicach Londynu, niepomny na pogodę. Pani Hudson już dawno przestała nalegać, bym zrezygnował z tych bezcelowych wycieczek co noc. Teraz patrzy na mnie tylko zmartwionym spojrzeniem.  Ale chyba rozumie, że tego potrzebuję.
 Mimo to, myli się co do jednej rzeczy. Nie ma w tym miejscu racji.  Moje wędrówki  bynajmniej nie są i nigdy nie były bezcelowe. Bo kiedy idę  mokrymi ulicami Londynu, rozglądam się uważnie. Szukam.
Szukam spokoju, ukojenia.

Szukam Ciebie, Sherlocku.

____________________________
Ach, niedziela.... Słoneczko świeci, ptaszki śpiewają, a cały świat jakby.... Wróć. Mamy trzy minuty po północy. Ze słoneczkiem może być problem.
Dobra, wróćmy do tematu. Każdemu zdarza się napisać coś kiczowato-łzawego, prawda? No dobra, może nie każdemu. Może tylko tym.. no....nie znajduje odpowiedniego określenia na moją osobę, wyzwiska mi się skończyły T.T. Kolejna dygresja. Może ktoś powinien mnie pilnować? Żebym tak od razu przechodził do sedna. Na przykład teraz. Zdecydowanie powinnam to zrobić. Prawda? Tylko nabijam sobie słówka, żeby wyglądało, jakbym napisała tego więcej...
Reasumując, post-Raichenbach Fall, trochę kiczu, trochę łez i każdy jest szczęśliwy. No, może poza Sherlockiem. Ale on akurat nie żyje. A przynajmniej udaje, skurczybyk jeden. O. Wyzwiska wróciły.
Oxy prosiła, żeby zapytać, czy osoby powiadamiane o jej notkach chcą być powiadamiane także o tych moich. No wiecie, każdy lubi się pośmiać.
Enjoy, w dużym skrócie. Albo udawajcie. Albo nie udawajcie. Wypijcie herbatę. To lepsze od udawania. No, jakby wziąć to od praktycznego punktu widzenia, to herbata jest lepsza od większości rzeczy.
...
Kto mi dał klawiaturę do rąk...?
Skończyłam.

piątek, 9 sierpnia 2013

LE (Literatura Eksperymentalna)- Logika znudzonego, czyli dlaczego nie należy zostawiać nas samych na dłuższy czas.

   W życiu bywają takie momenty, gdy człowiek nie jest do końca pewien, co też powinien robić ze swoim życiem. Zapada w stan błogiego Nic Nierobienia i na dłuższą chwilę dezaktywuje wszelkie odpowiedzialne za Pożyteczność układy. Procesy Twórczości wsiadają w  pierwszy lepszy samolot, osiadają na jakiejś zagranicznej plaży i dają do zrozumienia, że nie ruszą się stamtąd, choćby nie wiem jak błagano.  Chęci, choćby te najlepsze, stają się bezradne, gdy Inicjatywa pakuje walizki  oraz kupuje bilet na rozklekotany pociąg. Wena czmycha nad jakieś jezioro, Pomysły zaszywają się w górach i zdawać by się mogło, że tylko Lenistwo ma w sobie trochę empatii, więc lojalnie pozostaje w domu.
Słowem: Wakacje.
  Zdarzają się jednak takie przypadki, gdy przypadkowo wpadnie się na coś całkowicie przypadkowego. Przykładem takiego przypadku, może być na przykład  oczekiwanie na kogoś, siedząc na huśtawce. Ot, dwuosobowej, drewnianej huśtawce. I tak czeka się  z kimś na kogoś. I w życiu by się nie pomyślało, co może z tego wyjść.

Piegus: *podniesiona na huśtawce* Czuję się taka wysoka... 
Niebieski T-Shirt: Ta, zaraz ci przyjdzie taki dwumetrowy Sherlock i już nie będziesz taka wielka...
Piegus: To wtedy wejdę na drzewo i powiem mu, że jestem od niego wyższa, a on mi powie, że nie jestem od niego wyższa, a ja mu na to, że ma racje, a on mi na to, że wie, a ja mu na to, że jest socjopatą, a on mi na to, że wie, a ja mu na to, że i tak go kocham, a on mi na to, że też wie i wtedy z ukrycia wyskoczą ninja, którzy go zwiążą i zabiorą do mojego domu, wtedy Sherlock zacznie mi opowiadać, jak to tu ktoś  kiedyś mieszkał i co robił, a ja mu powiem, że nie mógł tu wcześniej mieszkać, bo dom był kupiony w stanie surowym i trzeba było go remontować, a on mi na to, że wiedział i blefował, a ja mu na to, że nie powinien blefować, bo to umniejsza jego mądrości, a on mi na to, że nie jest mądry tylko inteligentny i wtedy napijemy się herbaty, a on mi powie, że jest obrzydliwa, a ja mu powiem, że u nas w Polsce nie pijemy tego paskudztwa, którym jest herbata z mlekiem, a on się nie zna, a on mi powie, że jest Anglikiem i zna się lepiej ode mnie, a ja mu powiem, że Hindusi znają się lepiej od Anglików, bo herbata rośnie w Indiach, a on mi na to, że w Indiach nie piją herbaty, bo jest gorąca, a tam jest gorąco, a ja mu na to, że Hindusi to gorący ludzie i lubią gorące rzeczy, jak klimat czy napoje. A potem go zapytam, co robił pod tamtym drzewem, a on mi powie, że szukał mordercy, a ja go zapytam jakiego, bo może go znam i mu pomogę. I przeniosę się na Baker Street 221B i Watson nie będzie mnie lubił, ani pani Hudson, a Sherlock będzie miał mnie w dupie, bo jest socjopatą i tylko Gladstone będzie mnie lubił, bo będę go karmiła resztkami ze stołu, a Watson będzie się na mnie wkurzał i powie, żebym przestała, bo Gladstone przytyje i wzrośnie mu cholesterol i będzie chory, a ja mu na to, że wtedy weźmiemy go do lekarza, a on mi na to, że on jest lekarzem i wie, co jest najlepsze dla jego psa lepiej ode mnie, a ja mu na to, że ja mam dwa psy i lepiej wiem, jak się nimi opiekować, a oni mi wtedy, że jak mam dwa to żadnemu nie poświęcam odpowiedniej ilości uwagi, a ja mu na to, że nieprawda, bo zaniedbuję jednego, żeby zajmować się drugim, co postawi mnie w złym świetle, ale i tak będę miała rację. A potem wszyscy popadniemy w długi, bo ninja, które wynajęłam, żeby porwały Sherlocka, były drogie i nie będzie mnie stać na czynsz, a jak nie będzie mnie stać na czynsz to pani Hudson jeszcze bardziej mnie znielubi i przestanie mi zmieniać pościel, a jak przestanie mi zmieniać pościel to będę śmierdzieć, a jak będę śmierdzieć to policjanci nie będą mnie wpuszczać na miejsce zbrodni, a jak nie będą mnie wpuszczać na miejsce zbrodni to nie będę mogła pomagać w śledztwie i będę tylko zawadzała Sherlockowi i wyrzuci mnie na bruk, a jak wyrzuci mnie na bruk to nie będzie komu dokarmiać Gladstone'a, a wtedy on schudnie i będzie miał więcej energii i będzie chciał się bawić i  Watson będzie musiał poświęcać swój czas na zabawę z nim, więc będzie musiał rozwiązywać sprawy w nocy, więc nie będzie się wysypiał i będzie popełniał błędy, a jak będzie popełniał błędy to straci reputację i jego też przestaną wpuszczać na miejsce zbrodni i wtedy zostanie tylko Sherlock, który jest socjopatą i obrazi policjantów i wtedy i jego przestaną wpuszczać na miejsce zbrodni i nie będzie komu rozwiązywać zagadek i nie będą zarabiać i nie będą płacić czynszu i pani Hudson, która wyrzuci ich na bruk i zamieszkają pod mostem i Mycroft uzna to za hańbę i wydziedziczy Sherlocka i w ten sposób odetną się ich wszystkie fundusze. A jak będą mieszkać pod mostem to  zachorują na tyfus, a Watson będzie próbował ich leczyć, ale nie będą mieli pieniędzy na leki, więc  Watson umrze pierwszy, bo będzie się bardziej troszczył o Sherlocka, a Sherlock nie będzie się opiekował Gladstone'em i Gladstone też umrze i Sherlock będzie umierał samotnie i stwierdzi, że gdyby mnie nie spotkał to to by się nie wydarzyło i stwierdzi, że to twoja wina, bo podniosłaś mnie wtedy na huśtawce i przeznaczy resztę swojego życia, żeby cię znaleźć i zabić i właśnie dlatego nie możesz mnie podnieść w górę na huśtawce, bo zginiesz.

________________________________________
 Taka tam tyrada, walnięta na spontana w czasie wakacji xD  Oxy to w zasadzie zaczęła, jak widać powyżej i to ona to w zasadzie spisała. Mimo wszystko publikuję to ja, poprzez minimalne prawo do praw autorskich ;)  Traktuje to bardziej jako taki zapychacz, przed notką, która być może niedługo się ukaże. Mało ambitne, wiem, ale jak oznajmiłam na wstępie wszystko co potrzebne do pisania, zrobiło sobie wakacje ^^" 
Niech Wena będzie z Wami, 
Piegus.

wtorek, 29 stycznia 2013

M - Parodia niesubordynowana, czyli co śmierciożercy robią po godzinach.

Fandom: Harry Potter

I myśmy z nimi były, Whisky „Etnę” piły,
A cośmy widziały i słyszały, na bloga umieściły.
Czyli baśń o tym, jak to ze śmierciożercami było.

— Słudzy moi! Pan wasz powrócił do swego ciała dawnego i znów jest w pełni sił! Pokłońcie się, gdyż jam jest Czarnym Panem, Potomkiem Salazara Slytherina, jam jest Lord Voldemort! — Burza oklasków wypełniła rezydencję starego rodu Malfoyów. — Kwestią czasu pozostaje, kiedy zdobędziemy władzę! Potter może i uciekł tym razem, ale jego reputacja legła w gruzach, gdy zjawił się w Hogwarcie z tym martwym śmieciem u boku. Bitwa może i przegrana, lecz wojna wciąż trwa, a my będziemy walczyć! Wczoraj ciało, jutro Hogwart, pojutrze Ministerstwo, a za tydzień cały świat!!! — wykrzykiwał z zapałem Czarny Pan. Krzyki poparcia oraz gromkie brawa rozległy się wzdłuż całego stołu. Nagle od strony Lucjusza Malfoya dobiegło uprzejme chrząknięcie. To było jedno z tych chrząknięć, po których cała uwaga publiki zwraca się na chrząkacza. Takie, po którym ma nastąpić mały sprzeciw, lub, co gorsza, wyrażenie własnego zdania. Niewielu ludzi odważyłoby się tak chrząknąć na zebraniu śmierciożerców. Bo oni zazwyczaj nie chrząkają. Ale teraz jeden z nich to zrobił. Chrząknął. I to nie byle jak chrząknął. Lucjusz Malfoy chrząknął znacząco. Lord Voldemort również odwrócił się do Pana-Patrzcie-Jak-Ładnie-Umiem-Chrząkać.
— Tak, Lucjuszu?
— No bo… ja się tak zastanawiałem… Czy gdzieś między Ministerstwem Magii a Całym Światem moglibyśmy wpaść do Mediolanu? Podobno w środę wychodzi tam najnowsza kolekcja płaszczy z cyklu „Magia Aksamitu”. To co, możemy? Proooooooooooooszę!
Tom powiercił się trochę na swoim krześle, uważnie przyjrzał paznokciom, których nie miał i niby to od niechcenia spytał:
— Nowa kolekcja „Magii Aksamitu”, mówisz? Hmm… no tak, tak… — Niespokojnie ruszał się na swoim krześle. — A nie wiesz może, czy będą mieli rozmiar 42?
Lucjusz już otwierał usta, aby odpowiedzieć na pytanie swojego pana i władcy, ale w tym momencie do rozmowy wtrącił się Avery:
— Właśnie, skoro już o modzie mowa… Chciałbym zauważyć, że moja maska nie pasuje mi do butów, a w ogóle to jej krój jest całkowicie passe.
— Jestem zmuszony poprzeć kolegę. — Snape swym monotonnym, grobowym głosem podjął temat. — Moja jest za mała. Wystają spod niej włosy — dodał.
— Poza tym, kto nosi teraz srebro i złoto? Hello, żyjemy w XXI wieku. — Avery prychnął i podjął paplaninę. — Wiadomo, że jeśli ludzie mają się nas bać, to muszą też nas szanować. A kto szanuje kogoś, kto ubiera się jak średniowieczny teletubiś? Powszechnie wiadomo, że teraz to łososiowy jest na topie.
Czarny Pan lekko się obruszył i stwierdził:
— Nie rozumiem, o co wam chodzi. Według mnie maski są bardzo gustowne, a złoto i srebro to wręcz królewskie kolory!
— Yaxley nie potrzebuje tych kolorów, żeby być dla mnie królem… — mruknął Malfoy pod nosem.
— Lucjuszu! — syknął wściekle Yaxley. — Wczorajsza noc miała zostać tylko między nami!
— W każdym razie uważam, że moja maska jest za mała — podsumował matowy wokal Severusa.
Peter ze zmarszczonymi brwiami niespokojnie wysłuchiwał dyskusji.
— Mój Panie, wybacz, że śmiem przerwać, lecz chyba odeszliśmy zanadto od naszego prawdziwego tematu…
— Zamilcz! — huknął nań Riddle, rozdrażniony kłótnią o maski. Zły krój, też coś. Projektował je całe noce. Wieczorami pod kołdrą wyciągał kolorowanki spod poduszki i się męczył, a ci niewdzięcznicy mówią, że one są zwyczajnie niemodne! Odwrócił lekko głowę i rąbkiem szaty otarł kącik oka. On po prostu myślał, że im się podobają, a przecież specjalnie kupił do tego oddzielne kredki! Pociągnął szparkami. I te wzory… przecież były ładne… Bo były! A oni… oni… Nie, uspokój się, Voldemort. Musisz być silny. Przecież przeżyłeś nawet śmierć, banda idiotów nie doprowadzi cię do płaczu… Bądź silny… Jeszcze raz cicho chlipnął w rękaw i odwrócił się do Pettigrewa: — Nie przerywaj swemu panu, szczurozębny śmieciu! — krzyknął. Gnębienie innych zawsze pomaga.
Nott zachylił się do Avery’ego.
— No wiesz, zębami chce nadrobić braki w krótkiej różdżce — szepnął na tyle głośno, by cały stół go usłyszał. Śmierciożercy wybuchli śmiechem, a omawiany zaczerwienił się i skulił w sobie. Czarny Pan starał się nie zaśmiać się na oczach swoich sług. Przecież gdyby to zrobił, straciłby tytuł Czarnego i pozostałby tylko Panem!
— Gdybyście wiedzieli, jak długą i sprawną różdżkę ma Lucjusz… — wymruczał Yaxley, patrząc na Malfoya.
— Nadal uważam, że mam zbyt małą maskę.
— Hah, nie uwierzycie, co się dzieje na Nokturnie w sobotnie wieczory. — Nott zarechotał znacząco i puścił oko do kompanów, którzy odpowiedzieli chichotem. — Gdzie się nie obejrzysz kobiety. Jedne z kryształowymi kulami, inne z długimi różdżkami. A koło Borgina i Burkesa są duże zniżki. — Poruszył znacząco brwiami.
— Tak… — mruknął Dołohow. — A w najciemniejszych zakątkach można kupić naprawdę ciekawe eliksiry — dodał i z szaleńczym błyskiem w oku wyjął z fałd szaty butelkę, którą postawił na stole. — Whisky „Etna” — powiedział z dumą. — Eksperymentalna!
Śmierciożercy zagwizdali z podziwem. Nott chciwie wyciągnął swoje wielkie łapsko w stronę „Etny”, ale szybko została ona sprzątnięta sprzed jego nosa.
— To nie czas na picie, Nott. — warknął Tom Riddle i przybrał bardziej oficjalny ton. — A teraz wysłuchajmy relacji Herberta. — Podwładni spojrzeli na niego ze zdumieniem. Że niby kogo?
Widząc tępe spojrzenia kolegów, Voldek westchnął.
— To nasz szpieg w Ministerstwie. Jesteś tutaj, Herbercie? — wychylił się, patrząc na koniec stołu.
— Jestem — rozległ się pisk, bo głosem nie da się tego nazwać. Wątły chłopaczek o rzadkich, rudych (informacja niepotwierdzona z powodu opłakanego stanu opisywanego elementu) włosach i szarych oczach zaczął mówić.
— Cóż, w Ministerstwie jest beznadziejnie. Wszyscy próbują zaprzeczyć temu, iż zmartwychwstałeś, Panie. W dodatku magiczne drukarki się zepsuły. Musimy teraz używać mugolskich… Ostatnio nawet zaciąłem się kartką. — Na potwierdzenie wystawił w górę palec z naklejonym plasterkiem. Ładnym plasterkiem. Takim w szczeniaczki.
Śmierciożercy pokiwali ze współczuciem głową. Zachęcony Herbert kontynuował zażalenia:
— A do tego wszyscy na mnie krzyczą. „Ej, Herbert, zrób to!”, „Hej, Herbert, zrób tamto!” albo „Herbert, idioto, włazisz nie do tego sedesu!” — rozkręcił się na dobre. — Wiecie, jak się wtedy czuję? Jest mi… jest… Jest mi smutno! Czuję się taki niedoceniony! Wszyscy mną pomiatają! Ja też mam uczucia, wiecie? — Chlipnął cicho, a pozostali ze zrozumieniem przyglądali się młodzieńcowi. To takie smutne. — Nikt nie traktuje mnie poważnie. A przecież każdy popełnia błędy! Pomylenie słodzika do kawy ministra i kwasu żrącego przecież każdemu może się zdarzyć! — Herbert zaczął cicho szlochać, a śmierciożercy patrzyli nań ze współczuciem. — Życie jest takie niesprawiedliwe! — zakończył dramatycznie.
— Biedaku… — Siedzący obok Herberta Mulciber klepał go pocieszycielsko po ramieniu, ocierając kąciki oczu. Wyciągnął różdżkę, wyczarował kieliszek, sięgnął po nadal stojącą na stole „Etnę” i nalał jej trochę do naczynia. — Masz, pomoże… — Podał chłopakowi szklaneczkę. Młodzieniec przyjął dar bez słowa i wypił jednym haustem. Przez chwilę siedział w bezruchu, ale nagle jego twarz przybrała kolor czerwieni, której pozazdrościliby mu nawet sami Weasleyowie, z nosa zaczęła wydobywać mu się para, oczy łzawiły, a bliżej siedzącym wydawało się nawet, że widzą niewielkie iskierki strzelające z uszu.  On sam czuł, jakby w jego gardle znajdowało się serce wulkanu gotowego do erupcji. Iskry z narządu słuchu bynajmniej nie były złudzeniem optycznym, przybrały na sile i już każdy przy stole mógł je dostrzec. Chłopak wstał gwałtownie od stołu i pobiegł do wyjścia, a z zza uchylonych drzwi można było zobaczyć, że kieruje się do łazienki. Po chwili w cichej sali dało się słyszeć szum wody i kilka chluśnięć a później syk towarzyszący gaszonym płomieniom. Wszyscy skierowali swój wzrok na Dołohowa.
— No co? — zapytał pod ostrzałem spojrzeń. — Mówiłem, że eksperymentalna. — Wzruszył ramionami.
Voldemort, który całego zajścia zdarzał się nie zauważać, obracał w kościstych palcach jedną z masek. Była ładna. Ba! Była piękna. Miała ładny kształt, tajemnicze otwory na oczy i naprawdę dobre inkrustacje. Nie było nic do zarzucenia. Kolor był wręcz wyśmienity! Niejednoznaczny oraz dostojny. Ale nie! Bo oni chcieli ŁOSOSIOWY! Co to w ogóle jest? Chodzi o to wielkie bydle z Kanady? Takie z rogami i tak dalej?
— Wiesz ty co, Dołohow… — Avery przyjrzał się Whisky dogłębnie. — Skoro eksperymentalna to może chociaż nie będzie kaca?
Te słowa znów skierowały spojrzenia na małą buteleczkę, która nagle stała się niezwykle pociągająca… Taka mocna, a brak przykrych konsekwencji… No cóż…
Potrzeba nam więcej szklanek.
***
Butelka została opróżniona zaledwie do połowy, a wśród śmierciożerców już zapanowała wesoła atmosfera. Całe napięcie związane z obecnością Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać poszło w niepamięć, a Pan Niewymawiany, który także skorzystał z zaoferowanego kieliszka, nie zwracał zbytniej uwagi na jawny brak szacunku względem jego osoby. Ba! Wydawał się być równie rozluźniony co jego słudzy! Widząc dobry humor swojego pana, Avery skierował swoje kroki ku niemu, uprzednio pociągając jeszcze jednego łyka z kieliszka dla odwagi.
Szeptał coś do niego tak cicho, że nikt oprócz rozmówcy nie mógł go usłyszeć. Jednak na nic zdały się próby zachowania sprawy w tajemnicy, gdyż po chwili Voldemort wybuchł:
— NIE! Nie, nie, nie! — Jego ton, ku zdumieniu kolegów po fachu, pełen był… rozpaczy. — Nie zgadzam się! — wrzeszczał histerycznie. — Nie będzie łosiowatych masek! Nie, nie, nie! — Zaczął gniewnie tupać, choć słychać było, jak powstrzymuje się od płaczu. Cóż, alkohol często prowadzi do wylewności. — Robiłem je tygodniami! Męczyłem się i męczyłem! Nie macie pojęcia, jak to jest, mieć  paluszki umazane kredkami! Nie wiecie, jak ciężko nie wyjść za linię, kiedy się koloruje! A może wiecie? NIE! Bo to nie wy robiliście te maski! A ja tak! Rezygnowałem dla was z dobranocki, wycinałem różdżką kółeczka! I jaki jest rezultat? Narzekania! Nikt nawet nie podziękował, nikt nie wspomniał „Och, Voldi, to naprawdę urocza maska, idealna dla kolesi noszących mroczne kaptury”. Nie, było tylko narzekanie, narzekanie i narzekanie! — Z jego czerwonych… nazwijmy to oczami… wytrysnęły łzy. — Dobrze! Niech będzie! Zróbcie sobie nowe maski! ALE SAMI!!! — Głośno wydmuchał nos w szatę Avery’ego. Śmierciożercy, delikatnie mówiąc, poczuli się głupio. Widząc, że nikt nie kwapi się do pocieszenia Toma, Nott niepewnie wstał i poklepał Łzawego Pana po ramieniu.
— Ej, Voldi… — zaczął niezręcznie i zamilkł. — Wiesz… my nie wiedzieliśmy… no i tak… — Spojrzał jeszcze raz na Pana, Którego Nie Wolno Krytykować. — A może tak rzucisz w kogoś Cruciatusem? Ulżysz sobie… — zachęcił po czym odskoczył jak najdalej od Riddle’a. Jeszcze skorzysta z propozycji.
Akurat w tej chwili zobaczyli Herberta, któremu udało się zachować część przełyku… Wszyscy spojrzeli na niego z czymś w rodzaju oczekiwania. Ten, Któremu Właśnie Zaproponowano Rzucenie Cruciatusa też skierował swój wzrok na nowo przybyłego. Przechylił swoją łysą głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiał, spojrzał na swój kieliszek, wzruszył ramionami i wziął łyka, ignorując zdziwione spojrzenia śmierciożerców. I wtedy jego słudzy zrozumieli, że jest on NAPRAWDĘ pijany.
Schlany W Trupa Pan melancholijnie machnął różdżką nad do połowy pustą… do połowy pełną… no, wiecie o co mi chodzi, czarką. Czy gdyby pił z naczynia Helgi Huffelpuff, zarżnął by się podwójnie? Jednocześnie dostarczając alkohol do horkruksa, mógłby osiągnąć ciekawe rezultaty…
— Wiecie… zaklęcie jest jak kobieta — zaczął zachrypniętym głosem, wciąż wpatrując się w Whisky. — Myślisz, że ją opanowałeś. Posiadłeś. Zdaje ci się, że masz ją w swym władaniu, że będzie cię słuchać. Wykorzystujesz ją bezproblemowo za każdym razem, a ona udaje, iż jest ci wierna. I kiedy już jej ufasz, wierzysz, że ona jedna cię nie zawiedzie!... — mówił coraz szybciej, głośniej. Z rezygnacją, melancholią. Jak zawodowy aktor. Nie zwracał uwagi na nikogo innego. Ani na kamienną twarz Snape’a, ani na rudą głowę Herberta. Ani na Lucjusza z Yaxleyem, którzy gdzieś między dwudziestym ósmym a trzydziestym pierwszym kieliszkiem tajemniczo zniknęli pod stołem… — I wtedy ona odbija całe uczucie, jakim ją darzyłeś, całą tą… nienawiść z miłością i uderza z pełną mocą! Zostawia cię samego, z dosłownie złamanym sercem, zamyka w głupim zeszycie! — Voldi zaczął wrzeszczeć, co nie było w zasadzie niespodzianką. Najciekawsze, że robił to, jednocześnie płacząc. Niewielu ludzi potrafi wrzeszczeć, łkając. Czasem prowadzi to nawet do śmierci. Rozumiecie sami, gdy się wrzeszczy, otwiera się usta, a łzy lecą i mogą się do nich dostać. Tak, tak, wielu już zginęło, dławiąc się tym słonym cholerstwem. Dlatego właśnie lepiej jest wrzeszczeć z zamkniętymi ustami. Tak dla bezpieczeństwa.
Mimo wszystko, Tom usta otworzył i przeżył. Znowu.
— Wiecie, jak to jest być pokonanym przez głupiego bachora? TO BYŁO NIEMOWLĘ!!! Rozumiecie, jak mi to niszczy reputację?
Śmierciożercy spojrzeli po sobie, jakby chcąc wymienić między sobą swoje myśli. Avery miał minę pod tytułem Pocieszamy czy mówimy prawdę? Nott spojrzał na Voldemorta wzrokiem Może jest dość pijany…? Mulciber za to przygryzł wargę w geście Ja się go mimo wszystko boję… Dołohow zerknął niepewnie na kieliszek Załamanego Pana Nie wydawał się chętny do rzucania Crucio… Za to skrzywienie Snape’a cały czas dawało jasno do zrozumienia Moja maska jest za mała. W końcu doszli do porozumienia i spojrzeli na siebie ze zdecydowanym Pocieszamy. Trwało to jedynie pół sekundy. Wiecie, zakaz komentowania czegokolwiek w jakikolwiek sposób pod groźbą Cruciatusa sprawia, że ludzie do perfekcji opanowują  niewerbalny sposób porozumiewania się. Jak widać takich rzeczy się nie zapomina i nawet po trzynastu latach „zwolnienia” ze służby potrafili bezbłędnie odczytywać mimikę swoich twarzy.
— Panie — zaczął Avery — nie przejmuj się. Nadal jesteś postrachem czarodziejskiego świata.
— Tak, tak — poparł go szybko Nott. — Do tej pory nikt nie jest na tyle głupi, by wymawiać twoje imię.
— Wszyscy drżą ze strachu na samą myśl, że mógłbyś powrócić — dodał Dołohow.
— Naprawdę tak myślisz? — chlipnął z nadzieją w… no, tym takim czerwonym.
— Zdecydowanie — w lot podjął Avery. — A maski są bardzo ładne. Wiesz, takie… oldschoolowe…
— I za małe — dodał Snape.
— Nikt tak dobrze nie rzuca Niewybaczalnymi — wrócił na właściwy tor Nott. — W życiu nie widziałem takiego profesjonalizmu przy Avadzie.
— No cóż, to kwestia nadgarstka — odparł dumnie Ten, Który Nie Może Dotykać Alkoholu. — Zobacz, o tak. — Coś zielonego pstryknęło Huberta w nos, a ten stoczył się bezwładnie pod stół, skąd dobiegły oburzone okrzyki Yaxleya. Tom zmarszczył… skórę nad oczyma i schylił się, zaglądając pod blat.
— Malfoy, mój drogi, wydaje mi się, że twoje życie… intymne nie przystoi komuś tak wysoko postawionemu.
Głowa o srebrnych włosach lekko wychyliła się na powierzchnię i z pewną rezygnacją oznajmiła:
— Mój Panie, to jeszcze nic. Krążą pogłoski, że mój syn chodzi z jabłkiem.
*kolejnych kilka… naście kieliszków później*
Większa część śmierciżej… śmirćżej… ś-ś-śmiecio… tych w mrocznych szatach leżała na, pod lub, co najciekawsze, w stole, zarżnięta w trupa. Gdzieś spod mebla dobiegały pojedyncze wersy znanej, tawernowej piosnki „I znów dostałem gównem hipogryfa”, mocno z resztą okaleczonej przez fałsz Yaxleya:
O mój luuuuuuuuuuuuuuubyyyyyy!
Uratuj mię od zguuuuuuuuuuubyyyyyy!
Hipogryf leeeeeeciiiii!
Gówno po raz trzeeeeeeeeciiiiii!!!!
Armia Voldemorta była zbiorem ludzi o mocnych głowach. Lub, ewentualnie, mocnych charakterach. Jedyną siedzącą obecnie prosto personą zdawał się być Severus, który z niesmakiem oglądał swą zbyt małą maskę. Możecie mi wierzyć lub nie, ale takie rzeczy to NAPRAWDĘ spory problem. Twoi znajomi skutecznie doprowadzają ludzi do omdlenia, a ty tylko martwisz się, czy włosy nie wystają ci spod maski. Takie rzeczy istotnie obniżają samoocenę.
Właściwie… Czy Snape w ogóle pił? Bo siedział naprawę podejrzanie prosto. Oprócz niego jedynymi przytomnymi (tylko pod względem fizycznym, ich psychika już nie wiedziała, co się dzieje) osobami przy stole był Schlany W Trzy Dupy Pan obejmujący ramieniem nie bardziej trzeźwego Avery’ego, który śpiewał smętną balladę o ciężkiej doli śmierciożercy.
A wszystko te czerwone oczy
Gdybym ja je miał…
Za te krwawe, cudne oczęta
Serce, różdżkę bym dał!
Voldemort bujał się w rytm melodii z półprzymkniętymi oczami. Trzeba dodać, że owa ballada w połączeniu z okaleczonymi jękami Yaxleya nie była miodem dla uszu. Nagle Tom odezwał się pijackim głosem:
— I ja jej to wy… hik! wyznałem! I wiesz, co ona na to? Od… hik! odrzuciła mnie! To mi złamało serce!
Avery doskonale zrozumiał, jak czuł się jego pan i już po chwili razem śpiewali:
Hej, hej, hej, testrale,
Omijajcie hogwarckie mądrale!
— Dalej, Severusie, przyłącz się! — krzyknął wesoło Avery i razem z Voldkiem zawył:
Śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj, Sevciu
Nasz stepowy kochaneczku!
Severus jedynie skrzywił się nieznacznie i z wyniosłą miną odparł krótko:
— Nie da się śpiewać w za małej masce.
***
Kolejna część nocy to jej brak, gdyż słońce leniwie wypełzło zza horyzontu, usadowiło się na niebie, a że nadal czuło się niewyspane, pozwoliło chmurom rozwlec swe kotary nad czarodziejską ziemią. Żony, córki, siostry, kochanki bądź troskliwe babcie teleportowały śmierciożerców do domu. Niestety, jak się później okazało, eksperymentalność „Etny” bynajmniej nie polegała na późniejszym braku kaca. Jej jedyną właściwością był fakt, iż na takową przypadłość nie działał już tradycyjny lek. Bądź co bądź, wszystko wróciło do normy. No, prawie. Dołohow poszedł na lincz ze strony kompanów, ale to nadal nie odchodziło od codzienności. Zakończenie, mimo wszystko, też nie jest zaskakujące. Bo dlaczegóż by miało? Bądź co bądź, to był jedynie zwykły dzień z życia śmierciożerców…
~*~
Oto jest! Z inicjatywą wyszła Piegowata i był to całkowicie jej pomysł. Ja dorzuciłam tylko kilka tekstów, ale za to wyżej dziękujcie tej drugiej, nie mi xD
Jestem zmęczona, musiałam dzisiaj wstać o 6 rano (W FERIE!!!) i nie wiem, co mogę jeszcze pisać, więc…
Do napisania! :D

niedziela, 27 stycznia 2013

Małe-wielkie zmiany, czyli Ta-Która-Wywróci-Wszystko-Do-Góry-Nogami

 
                                     Drodzy Czytelnicy.
             Z sadystyczną satysfakcją, pragnę oznajmić Wobec i Wszem, gdziekolwiek to jest, iż blog ów został opanowany przez armię  śmierciożerców. Dobra, może nie do końca. Jest gorzej.
          Ten oto list, bynajmniej nie został napisany przez  znaną już wam internetową33. Zamknęłam ją w szafie, zatkałam usta jogurtem i  przejęłam władzę nad  światem.
Tyle że Zośka się uwolniła i  moje panowanie zostało znacznie ograniczone. Dokładniej mówiąc, do współtworzenia tegoż oto bloga.  Jak już się zapewne domyślacie, oznacza to  z mojej strony przejawy pewnej......no.....nazwijmy to twórczością. Reasumując: Przybyłam się przywitać :)
Z góry przepraszam za wszelkie uszkodzenia psychiczne. To naprawdę nie moja wina, że dwanaście razy zwiewałam z psychiatryka. Wiecie, te kaftany czasem drapią... Jeśli chodzi o jakieś informacje związane z mą osobą, to coś się pewnie wkrótce pojawi, ale nie będę Wam teraz przymulać :)
Tak po prawdzie, to  miałam już swego rodzaju (co prawda nikły) wkład w tutejsze  notki. Wspólnie napisałyśmy chyba ze dwie, a teraz (tylko nie mówicie Zośce, że wam powiedziałam) pracujemy nad   trzecią :)
     Nie będę już Was zanudzać, więc powiem tylko, że mam szczere nadzieję, iż  choć po części  spełnię  Wasze wszelkie oczekiwania  i godnie uda mi się wspomagać ten blog :) Jestem bardzo szczęśliwa, że mogę tu pisać i  cieszę się na myśl o przyszłych komentarzach (gdyż wierzę, że takowe się pojawią).
                                                                                              Niech Avada będzie z Wami,
                                                                                                              Piegowata

P.S.  Tak na dobry początek, wstawiam Wam coś, co według mnie miało być drabble, ale Zośka nazwała to Mini-Miniaturką. No cóż, nic nie poradzę, że lubię się rozpisywać xD Acha, Zośce padł net, więc jest sprawdzone ;/ Przepraszam, jeśli są błędy.

Fandom: Harry Potter

"Udręka"


Obowiązek. Parszywy, niegodny obowiązek. Powinność, która plugawi honor i wyniszcza wszelką godność.  Zafajdany przymus, przed którym nie ucieknie. Ale nie można się poddać. Kiedyś mu się uda, na pewno. Wywinie się tym nikczemnikom i odzyska dawny spokój ducha. Zacisnął  pięści. Pamiętał jeszcze czasy, gdy nie było tego paskudztwa. Tej perfidnej nieczułości w czynach ludzi, którym ufał. Ufał i kochał. A oni go zdradzili. Pozostawili samego i obrócili przeciw niemu. To bolało go najbardziej. Ciemność owinęła się wokół jego twarzy. Skulony i przerażony, zmuszony do ucieczki.  Tak bardzo by chciał, by to nie działo się naprawdę.  Może zaraz się obudzi, a ten koszmar dobiegnie ku końcowi... A najgorsze miało dopiero nadejść. Nieuchronnie zbliżał się czas klęski. Czas upokorzenia.  Został sam na tym polu walki. I nikt mu już nie pomoże. Odetchnął parę razy głęboko. Bał się. To oczywiste. Każdy na jego miejscu byłby przerażony. Nie potrafił już być bohaterem. Nie umiał stanąć tam i dobrowolnie pozwolić się ukorzyć. Chciał walczyć, ale ich było więcej.  Byli silniejsi i nic nie mógł na to poradzić. Jedyne co dane było mu teraz robić, to czekać. Odetchnął głęboko, wciskając się w kąt swego schronienia. Prędzej czy później go znajdą i wtedy nie będzie już nadziei...
 Zaskomlał, gdy światło niespodziewanie wdarło się do jego jedynej ostoi.
 - Syriusz, ty zapchlony kundlu! Kiedyś musisz wziąć kąpiel!


EDIT 28.01.2013
Korzystając z władzy, jaką daje mi miano administratorki tego bloga (tak, tak, Pieguska, znaj swoje miejsce w hierarchii ;P) robię mały włam do tej notki xD Miniminiaturka została na szybko sprawdzona pod względem interpunkcji, ale podkreślam: na szybko. Możecie zwalić to na to, że jest wpół do trzeciej w nocy i jakoś tak nie chce mi się w to bardziej zgłębiać xD Wypowiedzi Piegowatej nie poprawiałam, niech ma tę iluzję wolności słowa i tego, że wcale nie jest infiltrowana i wszystko co napisze nie może być przeze mnie zmienione wedle życzenia ^.^
To by było na tyle, pozdrawiam,
internetowa.33 :D

sobota, 29 września 2012

M - Ja tu rządzę!

Fandom: Harry Potter

UWAGA!!! Poniższy tekst jest parodią i radzimy nie podchodzić do niego ze zbytnią empatią.

Droga JK Rowling,
Ty napisałaś książki, ale ja decyduję, co będzie potem!
Pozdrawiam,
Neville poślubił Lunę, a Fred żyje*

                W Sali Śmierci wrzała walka. Syriusz Black właśnie uchylił się przed czerwonym promieniem zaklęcia, rzuconym przez jego kuzynkę i krzyknął:
                — No, dalej, postaraj się, przecież potrafisz!
                Bellatrix już otwierała usta, żeby wypowiedzieć formułkę, gdy nagle…
                — STOP, STOP! WSTRZYMAĆ KONIE!!!
                …w środku zamieszania pojawiła się około piętnastoletnia dziewczyna z krótkimi blond włosami, w czarnych dresowych spodniach i niebieskim T-shircie, który były na nią o wiele za duży. Wszyscy spojrzeli na nią jak na przybysza z innej planety… Hmm… Cóż, pomińmy fakt, że nie ma im się co dziwić…
                — Dzień dobry — przywitała się, jak wymagała kultura. — Ja tylko na chwilę, proszę się nie martwić. BELLA, ANI DRGNIJ! — krzyknęła, gdy Bellatrix planowała dokończyć to, co zaczęła. — Black, suń się stąd. — Dziewczyna bezceremonialnie popchnęła Syriusza jak najdalej od Zasłony, po czym wyciągnęła swoją różdżkę i zawołała: — Accio przebrzydła ropucha!
                Przez powietrze przeleciało coś wielkiego i ohydnie różowego, a kiedy stanęło przed blondynką, zebrani rozpoznali Dolores Umbridge we własnej osobie. Wyglądała na dość poturbowaną. I wtedy dziewczyna uświadomiła sobie, że najprawdopobniej właśnie wyrwała ją ze szponów centaurów. Ups. Do „Wielkiego Inkwizytora Hogwartu” chyba jeszcze nie do końca dotarło, co się stało, gdyż kłębek różowych ubrań stał bez słowa i nie opierał się, kiedy nastolatka postawiła go dokładnie w tym miejscu, w którym przed chwilą stał Syriusz.
                — Bella, możesz kontynu…
                — NIE, NIE, NIE!!! — Między właścicielką niebieskiego T-shirta a śmierciożerczynią  zmaterializowała się błękitnooka, piegowata brunetka, odziana w brudne, wytarte jeansy i czarny  podkoszulek z jakimś nadrukiem, która westchnąwszy rozdzierająco, wyjęła zza pasa różdżkę. – Immobilus — mruknęła w stronę atakującej, a ta znieruchomiała z uniesioną różdżką. — Ona nie zasługuje na taką śmierć! — wrzasnęła do blondynki. — Najpierw trzeba ją potorturować – wyjaśniła, przesuwając ją z poprzedniego miejsca. — Tutaj wstawiamy Pottera.
                — Nie! — zaprotestowała ostro pierwsza z dziewczyn. — Syriuszowi będzie smutno. — Spojrzała na Blacka, jakby mówiła o dziecku, któremu zabierze się lizaka. — Tę zabijmy, będzie z głowy. Po za tym… Skąd wiesz, że przed Avadą Bella nie rzuci kilku Cruciatusów? — Spojrzała na nieruchomą Bellę i uśmiechnęła się do niej słodko.
               — Ale Potter jest bardziej wkurzający! I w ten sposób będzie o jednego horkruksa mniej! – krzyknęła. Następnie pochwyciła zdruzgotane spojrzenia pozostałych. – Ups… Co za niezręczna sytuacja… chyba się wygadałam — mruknęła. – Ale zamiast tego mogę wam powiedzieć, co było w przepowiedni — oświadczyła, wskazując odłamki szkła na podłodze. Odwróciła się, rzucając jednocześnie Protego. – Nie Malfoy, nie tobie. — Znów westchnęła i zwróciła się do dziewczyny w dresach. — Tak więc Potter nie będzie gonił Belli, a co za tym idzie, ta będzie mogła porzucać Niewybaczalne ile chce. – Chwyciła Harry’ego za rękę i postawiła pod Zasłoną. — Słuchajcie, nie bądźcie zdruzgotani czy coś, uprzedzam, że za chwilę zginie wasz najlepszy przyjaciel, chrześniak i uczeń, ale to nic osobistego… — Po sali rozniosły się okrzyki niezadowolenia. – No dobra, dobra… niech będzie. Załatwię wam zniżki do Miodowego Królestwa – odpowiedziała jej cisza. — Zgoda, zgoda: dorzucę bony do Magicznych Dowcipów Weasleyów.
                — Piegowata, wstrzymaj się. — „Niebieski T-shirt XL” położył rękę na ramieniu swojej towarzyszki. — Ja rozumiem, że nie lubisz Pottera i on cię wkurza… Więc może tak… Zrobimy teraz to, co chciałam zrobić, czyli pozbędziemy się Umbridge. Potem, i tak miałam taki zamiar, idziemy do Insygniów i nie pozwalamy mu wrócić z zaświatów. Przy okazji jeszcze uratujemy… — spojrzała na wpatrzonych w nią Remusa Lupina i Nimfadorę Tonks — …kilka innych osób. — Chrząknęła. — Co ty na to?
                — Czy ja wiem… Muszę jeszcze skoczyć do Księcia Półkrwi, żeby zrobić porządek z Lawender. — Dostrzegła Rona. — Ej, Weasley! Pamiętaj, NIE CAŁUJ się z Brown. To taki plastik — zagroziła. — No dobrze… ale to ja ją załatwię — postawiła warunek Piegowata. — Walnęłabym w nią Niewybaczalnym za każdą różową nitkę w jej stroju, ale nie mamy na to czasu. Trzy wystarczą — mruknęła. Ustawiła Umbridge w odpowiednim miejscu. — Finite. Bella, byłabyś tak uprzejma i…?- wymownie poruszyła rękami.
                — Nie będziesz mi rozkazywać! — wykrzyknęła Lestrange.
                — Oj, śmiało Bella, ulżyj sobie — wtrąciła się krótkowłosa. — Wiem, że tego chcesz… No spójrz tylko na nią — wskazała na Umbridge. — Na te różowe ciuchy, na tę twarz ropuchy.** Powiedz, nie masz ochoty walnąć w nią porządnym Cruciatusem?
                Śmierciożerczyni spojrzała na dziewczynę. Przeniosła wzrok na Umbridge. Znów na dziewczynę i na Umbridge. Uniosła swoją różdżkę na wysokość wzroku. W jej oczach zapaliły się niebezpieczne błyski. Skierowała patyk na różową ropuchę i powiedziała powoli, delektując się każdą literą:
                — Crucio.
                Umbridge skuliła się z bólu i zaczęła wrzeszczeć. Kiedy Bellatrix przerwała zaklęcie, znowu przemówiła blondynka:
                — Wiesz… Cały fandom Potterheadsów nienawidzi cię bardziej niż Voldemorta. Nie rozumiemy jak Rowling mogła zabić… — znów rozejrzała się po zebranych i chrząknęła — …niektóre osoby, a ciebie zostawić przy życiu… — Czarodzieje spojrzeli po sobie, niewiele rozumiejąc. Dziewczyna zobaczyła to i zwróciła się do nich: — Nie martwcie się, nie musicie wiedzieć, o co chodzi. A wracając do ciebie… — Znów przeniosła wzrok na Umbridge. — To za tę twoją ohydną słodkość, różowe stroje, cholerną nietolerancję i fałszywość. CRUCIO! — Ropucha po raz kolejny zawyła z bólu. Nastolatka w końcu przerwała zaklęcie, a wtedy pałeczkę przejęła brunetka. Fanka kotków patrzyła z przerażeniem, jak Piegowata okrąża ją, przerzucając różdżkę z jednej ręki do drugiej, z jednej do drugiej, jednej do drugiej, jednej do…
— NO UDERZ W KOŃCU!!! — wrzasnęła zrozpaczona. Brunetka podeszła do niej i przybliżyła różdżkę do pulchnego policzka .
— Wiesz, Dolores — szepnęła jej złowieszczo do ucha — nigdy cię nie lubiłam… — odjęła broń od jej twarzy, wypuściła różdżkę i posłała ropuchę za zasłonę dopracowanym lewym sierpowym.
Otrzepała ręce i odwróciła się do reszty: — Dobra, oszczędzimy cię, Potter, ale wiedz, że masz być grzeczny — mruknęła. Położyła rękę na ramieniu Niebieskiego T-shirta. — To my już może pójdziemy, przepraszamy za przerwę w zajęciach, pa, pa…
                Blondynka jeszcze odwróciła się do Pottera i powiedziała złowieszczo:
                — A ty masz u mnie dług… — Spojrzała na Hermionę i Rona. — Do was właściwie nic nie mam, więc coś wam podpowiem… Kiedy Potterowi przyjdzie czegoś szukać po szóstym roku… Nie dołączajcie do niego, żyjcie sobie razem, bądźcie szczęśliwi razem z Rose i Hugo. — Omawiana para spojrzała na siebie z pytaniem „wiesz, o co jej chodzi?”, a dziewczyna odezwała się: — Powtórzę: nie musicie rozumieć, po prostu nie mogłam się oprzeć. — Uśmiechnęła się i zniknęła razem z towarzyszką.
***
                W sali zapadła cisza tak głucha, że aż uciskała bębenki w uszach, a atmosfera zdawała się zbyt gęsta, by wytrzymały ją ściany.
— Wydajcie mi Harry’ego Pottera — rozbrzmiewał głos Voldemorta — a nikomu nie stanie się krzywda. Wydajcie mi Harry’ego Pottera, a…
— CICHO TAM!!! — ryknęła piegowata brunetka, która niespodziewanie zmaterializowała się w Wielkiej Sali wraz z krótkowłosą blondynką ubraną w za duży T-shirt. Pod pachą trzymała klatkę ze zdenerwowaną sową śnieżną w środku.
— Hedwiga! Ty żyjesz! — wykrzyknął Harry. Piegowata posłała mu mordercze spojrzenie.
— Tak, dzięki nam, bo TY zostawiłeś ją na pastwę śmierciożerców! — wydarła się na niego. Podeszła do stołu Gryfonów i wręczyła zwierzę rudowłosemu chłopakowi. – Fred, trzymaj ją, dobrze? A przy okazji, może pójdziecie sprawdzić z bratem co się dzieje, powiedzmy… na Hawajach?
— Posłuchajcie jej. Podobno jest tam pięknie o tej porze — przytaknęła dziewczyna w T-shircie. — Ty! — Wskazała palcem na siedzącego nieopodal Neville’a Longbottoma. — Masz to — niewiadomo skąd wyciągnęła srebrny miecz, na widok którego większość zebranych wytrzeszczyła oczy — i zadźgaj tym Nagini. W sensie tego węża Voldemorta. Wy — przeniosła wzrok na Rona i Hermionę — mówiłam wam, żebyście mu nie pomagali, ale oczywiście nikt mnie tutaj nie słucha! Dobra, nie ważne. Łapcie! — Rzuciła im diadem, w którym tylko wtajemniczeni rozpoznali własność Roweny Ravenclaw. — Weźcie to i czarkę i idźcie do Komnaty Tajemnic. Ron, wiem, że ćwiczyłeś wężomowę, nie wymigasz się. — Weasley zaczerwienił się, kiedy poczuł na sobie zaciekawione spojrzenia ludzi, którzy to usłyszeli (czyt. całej Wielkiej Sali). — I idziecie tam RAZEM, zrozumiano? Mam na myśli ciebie i Mionę. No już, już, sio! — Pociągnęła ich za fraki i próbowała wypchnąć z pomieszczenia, ale ci się opierali.
— A Harry? — zapytała Granger.
— A, on. — Blondynka rzuciła obojętne spojrzenie na bliznowatego. — My się już nim zajmiemy, nie martwcie się. No, żegnam was! — Po czym bezceremonialnie wypchnęła ich za drzwi, zamykając je z trzaskiem. Odwróciła się w stronę Pottera i powiedziała: — Pamiętasz? Masz u mnie dług i czas, żebyś go spłacił. Ja jej dłużej nie powstrzymam — dodała, wskazując głową na Piegowatą, w której oczach płonęła chęć mordu, a miny pozazdrościłaby jej sama Bellatrix. — Proszę państwa, powiem delikatnie: zabieramy waszego Złotego Chłopca do najgroźniejszego czarnoksiężnika wszechczasów, aby wyżej wspomniany czarnoksiężnik mógł go zaavadować, żeby zniszczyć swojego ostatniego horkruksa i żebyście wy, drodzy państwo, mogli go wtedy humanitarnie zamordować. Dziękuję za uwagę.
Piegowata z uśmiechem dziecka, które dostało nową zabawkę, chwyciła Chłopca, Który Jest Wleczony Na Śmierć za rękę i radośnie przeszła przez salę. Odwróciła się jeszcze do stojącej na podwyższeniu McGonagall:
— Niech się pani profesor nie martwi, zaraz po tym jak go zabiją, postaram się, by nie bawiono się w Cruciatiusowanie jego ciała… za bardzo — ostatnie słowa wymruczała, zamykając drzwi Wielkiej Sali na cztery spusty i wlokąc Harry’ego na błonia.
— TY, BEZNOSY! — wrzasnęła. — Mamy Pottera!!!
Lord Voldemort alias Tom Marvolo Riddle widocznie nie spodziewał się tak szybkiej reakcji, bo stał w połowie drogi do Zakazanego Lasu z dość głupią miną. Tak naprawdę wcale nie był zdziwiony czy zaskoczony… Próbował po prostu nie pokazać, jak bardzo zranił go tak jawny przytyk do jego braku nosa.
— Tylko powiedz ten tekst! Musisz go powiedzieć! — wykrzyknęła blondynka, która niewiadomo skąd skombinowała sobie fotel kinowy i kubełek popcornu. Wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. — Nie musicie rozumieć. No, dalej, Voldek, gadaj!
Czerwone oczy zmieniły się w wąskie szparki, jednak Facet, Który Nie Umiał Zabić Zwykłego Dzieciaka postanowił nie zareagować na tak bezczelne zwrócenie się do niego i postanowił zająć się Potterem.
— Harry Potter… Chłopiec, Który Przeżył… Umrze teraz…
— Iiiiiiiiiiiii!!! — od strony Niebieskiego T-shirta dobiegł niezidentyfikowany pisk. — Powiedział to, powiedział! — Dziewczyna szarpała podniecona rękaw swojej przyjaciółki.
— Tak widzę, widzę… — mruknęła z niezbyt wielkim zainteresowaniem, po czym z błyskiem satysfakcji w oczach popchnęła Harry’ego prosto pod nos… dobra, to porównanie było chamskie, prosto pod różdżkę Voldemorta. Następnie strąciła blondynkę z fotela, zabrała jej popcorn i poczęła skandować: — Zabij! Zabij! Zabij! Zabij! — wściekle podskakując i rozsypując zawartość pudełka. Voldemort uniósł różdżkę, otworzył usta, a w tym momencie Niebieski T-shirt poderwał się z ziemi i swoim zwyczajem zawołał:
— STAĆ! — Wszyscy śmierciożercy z Voldemortem na czele spojrzeli na nią nieprzychylnym wzrokiem, ale to był pikuś w porównaniu z Piegowatą, która w tej chwili zamieniła się w spragnionego krwi swojej towarzyszki od siedmiu boleści bazyliszka. Blondynka nie śmiała spojrzeć jej w oczy i zaczęła pośpiesznie tłumaczyć: — Potter musi wiedzieć, DLACZEGO to robi. I nie, bliznowaty, nie chodzi tu tylko o to, że cię nie lubimy, a Voldi powiedział, że da wtedy spokój naszym ukochanym bohaterom, o nie… No dobra, po części tak, ale w tym wszystkim zawsze był jakiś głębszy sens… Masz to — wyciągnęła z kieszeni fiolkę ze srebrzystoniebieską gazo-cieczą i rzuciła Potterowi, któremu, o dziwo, udało się to złapać — i to — z drugiej kieszeni wyciągnęła myślodsiewnię, którą postawiła przed Złotym Chłopcem. Czarnowłosy drżącymi rękami odkorkował fiolkę i powoli wlał jej zawartość do misy, po czym patrzył, jak wiruje i przybiera coraz to różne kształty. — No właź tam! — Niebieski T-shirt wepchnął głowę Pottera w odmęty wspomnień.
Piegowata z różdżką wyćwiczoną w rzucaniu Niewybaczalnych, powstrzymując się od walnięcia w blondynę Avadą, odetchnęła głęboko, po czym podeszła do Riddle’a. — Trochę to potrwa. Może partyjkę szachów? — zaproponowała, przetransmutowując najbliższy kamień w planszę i pionki.
Kiedy ostatni z Potterów wynurzył się z jakże wstrząsającego wspomnienia mówiącego, że ma się zabić, zobaczył dość niecodzienny widok… Otóż jego nemezis, wróg numer jeden, najgroźniejszy czarnoksiężnik wszechczasów siedział na trawie po turecku pochylony nad partią Szachów Czarodziejów i rwał sobie włosy z… Dobra, cofnij… Pochylony nad partią Szachów Czarodziejów i zdruzgotany patrzył, jak dwunastolatka siedząca naprzeciwko niego po raz kolejny już mówi:
— Mat.
Oczywiście żadne z nich nie zauważyło, że Harry Potter wrócił już do świata żywych i Voldemort miał zamiar znowu uciekać swoim królem, jednak Niebieski T-shirt nie stracił swojej czujności.
— Pragnę tylko poinformować, że pan Harry James Potter zaszczycił nas swoją obecnością.
Riddle spojrzał na Chłopca, Który Przeżył, a potem na swoją przeciwniczkę.
— Wygrałaś — warknął w jej stronę, przewracając swojego króla, podnosząc się i stając naprzeciwko bliznowatego.
Harry przybrał zawzięty wyraz twarzy, opuścił różdżkę i popatrzył Voldemortowi w… nazwijmy to oczami. Ten wykrzywił „twarz” w uśmiechu i wyszeptał dwa słowa…
— Avada Kedavra.
Zielona poświata ogarnęła Chłopca, Który Przeżył i powoli ułożyła go ciężko na trawie. Oczy zamknęły się, a bezwładna ręka wypuściła różdżkę. Świat na chwilę zamarł, wszystko ucichło… Wtem błonie wypełnił dziki pisk radości. Dwunastoletnia dziewczynka z wyrazem satysfakcji chwyciła Czarnego Pana za ręce i zaczęła tańczyć wraz z Voldkiem taniec radości.
— Potter nie żyje, Potter nie żyje, Potter nie żyje!!! — wesoły śpiew rozbrzmiewał wśród śmierciożerców.
Blondynka spojrzała na to wszystko i pokręciła głową z politowaniem. Podeszła do wesołych Riddle’a i Piegowatej, po czym odciągnęła dziewczynę od czarnoksiężnika. Złapała ramię towarzyszki jedną ręką, a drugą chwyciła martwe ciało Pottera i nie zwracając uwagi na to, że obija się ono o wszelkie kamienie i dołki jakie były na ich drodze, powlokła ich do Hogwartu. Rzuciła ścierwo pod drzwiami Wielkiej Sali, z których zrzuciła zaklęcie i pozwoliła zalegającym po drugiej stronie ludziom wyjść do sali wejściowej.
Piegowata, wciąż z wielkim uśmiechem na twarzy, spojrzała w oczy zdruzgotanym bliskim leżącego przed nią truchła. — No więc, jakby to powiedzieć… pomogłyśmy zabić Chłopca, Który Przeżył, waszego najlepszego przyjaciela, ukochanego ucznia i towarzysza broni, który był jedynym człowiekiem zdolnym zabić tego o tam. — Wskazała ruchem głowy piszczącego z uciechy jak nastolatka Lorda Voldemorta. Ktoś wybuchnął płaczem, ktoś inny krzyknął zdruzgotany. Ignorując to wszystko, spytała: – Weasley, jak wam poszło? — W odpowiedzi pod jej nogami wylądowały resztki czarki Helgi Hufelpuff i tiary Roweny Ravenclaw. — Bardzo ładnie. Longbottom? — Neville, wciąż przerażony, wywalił resztki gada na podłogę, a Voldzio krzyknął oburzony gdzieś z tyłu. Piegowata patrzyła jeszcze chwilę na płaczące dziewczęta i zaciskających wargi chłopców. Westchnęła. — Dobra, już się napatrzyłam, jak cierpią. Może być. — Kopnęła Pottera w pierś — Te, bohater, wstawaj, potem sobie pogadacie z Dumbledore'em! — krzyknęła.
Potter powoli otworzył oczy, a wśród zebranych rozległy się krzyki zarówno szoku jak i radości. Powoli zaczęli podbiegać do niego jego bliscy i ściskali go jak żądne krwi węże boa. A Voldemort? Cóż, powiedzmy, że był lekko podłamany…
— NIEEEEEEEEE!!! Czemu?! Czemu on zawsze musi wyjść cało?! To już szósty raz!!! Czy ja proszę o zbyt wiele?! Jedyne, czego chciałem, to śmierć tego jednego dzieciaka! Co ze mnie za czarnoksiężnik skoro nie mogę zabić zwykłego bachora?! — Z czerwonych oczu Toma Riddle’a lały się rzęsiste łzy, a jakiś śmierciożerca podawał mu chusteczkę higieniczną. Już Nie Taki Bardzo Czarny Pan przyjął dar bez słowa i hałaśliwie wydmuchał… szparki…
Zaistniałą sytuację zobaczyła blondynka. Podeszła powoli do Voldiego i delikatnie położyła mu dłoń na ramieniu.
— Zostaw mnie! — zaprotestował płaczliwym głosem Voldemort, jednak dziewczyna nie zraziła się.
— Tommy… Nie przejmuj się tak… — powiedziała jak do małego dziecka. — Mówiłeś, że było sześć nieudanych prób. Chłopak nadal żyje, ty nadal żyjesz… Coś trzeba z tym zrobić i Potter prawdopodobnie będzie chciał z tobą walczyć po raz SIÓDMY. Wiadomo, że siódemka jest najpotężniejszą magiczną liczbą***, czyż nie? Może teraz się uda?
Voldemort na te słowa rozpromienił się. A zamieszanie wokół Chłopca, Który Przeżył, By Wkurzać Piegowatą wciąż trwało. Blondynka wyjęła swoją różdżkę, skierowała ją w górę i potężnym hukiem zwróciła uwagę zebranych.
— Proszę państwa, ale coś tu jeszcze zostało niezałatwione… Panie Potter, panie Riddle… Proszę na środek. — Wywołani wykonali jej polecenie, a ona przyłożyła sobie różdżkę do gardła, mrucząc pod nosem Sonorus. — Panie i panowie! — zawołała, a jej głos poniósł się po całej sali wejściowej. — Oto nadszedł czas na ostateczny pojedynek! Spotkali się już ze sobą sześć razy, nadszedł czas na siódmy! W białym narożniku Gryfon, lat siedemnaście, Złoty Chłopiec, Chłopiec, Który Przeżył… Haaarryyyyy Potter! — Za plecami opisywanego rozległy się wiwaty, a kiedy ucichły, dziewczyna kontynuowała: — Zaś w czarnym narożniku Ślizgon, lat… dość dużo… Czarny Pan, Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, Sami-Wiecie-Kto, Lord Voldemort, Tooom Marvooolooo Riddle! — Tym razem to śmierciożercy wydali z siebie wrzaski, które miały być symbolem ich dopingu. — Panowie, to ma być czysta gra… — zaczęła, ale po chwili wybuchła śmiechem. — Żartowałam, wszystkie chwyty dozwolone!
Kiedy Niebieski T-shirt zszedł z linii ognia, rozpoczął się pojedynek.
Piegowata z nietęgą miną przyglądała się paplającemu Potterowi, podczas gdy blondyna tłumaczyła Fawkesowi, że Tiarę Przydziału można by trochę podrasować, przyszywając kilka ćwieków tu i ówdzie…
Harry wycelował w Voldemorta różdżką Dracona.
— Exepeliar…
— PROTEGO!!! — ryknęła w końcu. Oczy wszystkich po raz kolejny zwróciły się ku niej, tym razem bardziej zniecierpliwione, niż zaskoczone.
— Słuchaj, naprawdę nie uważasz, że już wystarczy? Wiesz, fajnie, uratowałyście kogo trzeba i tak dalej, jesteśmy wdzięczni, ale zaraz wszystko się skończy, więc… — zaczął niecierpliwie Ron, przeczesując włosy zmęczonym gestem.
— Przymknij się Weasley — warknęła. — I tak Hermiona wyjdzie za Draco — mruknęła. Z ust Granger wydobył się oburzony krzyk, a Malfoy zaczął gorączkowo protestować.
— Uspokój się, żartowała — oświadczył Niebieski T-shirt, trzepiąc towarzyszkę po łbie. — Jeszcze do tego wrócimy — syknęła jej do ucha.
— To jak, możemy kontynuować? Coś tak trochę nam niewygodnie — zaczął Chłopiec, Który Po Raz Wtóry Przeżył.
— Nie. Teraz ja przemawiam. — Autorka obecnego zamieszania wzmocniła sobie magicznie głos.
— Otóż macie się radować, gdyż zabieram od was Tomcia, by posiadać zaiste godnego partnera do szachów. Takowoż oświadczam, iżby nie wypełnię zacnego postanowienia mego, jakoby Pottera ponownie zabić, gdyż swego rodzaju rolę w uprzednich działaniach takową odegrał — wyjaśniła spokojnym i wyrafinowanym głosem. — A JEŚLI KTOŚ MA Z TYM PROBLEM TO DOSTANIE WPIERDOL!!! — ryknęła na zakończenie. Po czym wzięła Marvola pod rękę, Niebieską brutalnie oderwała od Freda i odwróciła się jeszcze na koniec. — Zadowoleni? To też jakiś happy-end.
A następnie, radośnie podskakując, szwadron śmierciożerców z Czarnym Panem i dwiema nastolatkami na czele, ruszył w stronę zachodzącego słońca…

___
*tłumaczenie obrazka z http://letterstomrpotter.tumblr.com/:

**Sama nie czuję, kiedy rymuję! xD 
***Słowa wypowiedziane przez Toma Riddle’a do Slughorna, kiedy pytał, czy można rozczepić duszę na siedem części.
~*~
Obliviate!
Właśnie zapomnieliście o tym czasie, który minął od ostatniej notki! Więc…
Tak, tak, wiem, notka dość szybko, ale nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie dodać xD
Nie no, a tak na serio to PRZEPRASZAM!!!
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam!
Wybaczycie mi? Podoba mi się ta notka i dlatego mam nadzieję, że Was nią przekupię xD
Współpisana ze Złodziejką vel Piegowatą. Dziękuję jej za pomysły i nieocenioną pomoc :D
Jak widzicie, zaszło tu kilka zmian. Pojawiła nam się szeroka lista. Co prawda nieco inna niż ta z onetu, ale ja osobiście wolę taką niż żadną ^^
Oprócz tego dodałam także nową metodę informowania:
Od tej pory możecie być powiadamiani o rozdziałach także na Twitterze! Wszystko w zakładce powiadamiam :D
Mój TT znajdziecie w zakładce „O mnie” oraz klikając w zakładkę „Twitter” xD
No… to by chyba było na tyle…
Do napisania!