Aktualności

06.01.2018r.
Wciąż żyję.
Szok. Ta, wiem.
Oxymora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oxymora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Oxymora. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 kwietnia 2020

W - Konfetti

Moje myśli – tylko skrawki
rozsypane, pomieszane,
wnet odlecą przy wydechu.
Gdzieś pognają,
może wrócą,
może
w błocie wylądują.

Nie mam dużej czystej kartki,
by cokolwiek tam zapisać.
Długich zdań nie umiem złożyć,
w dłuższy tekst to wszystko ubrać.

Umiem tylko
małe kulki
zgniatać.
Nimi
w ludzi sobie rzucać.

środa, 18 kwietnia 2018

W - Słoneczny Kaj

gdzieś w odległej galaktyce
eksplodowała gwiazda
cztery miesiące
– milenia, minuty –
jakiś czas temu
stworzyła
mały wielki Kosmos

jakiś czas temu
wpadł mi do oka gwiezdny pył – od tamtej pory
świat widzę piękniejszy
(18 kwietnia 2018, około 7 rano w pociągu do Warszawy)

sobota, 24 lutego 2018

W - Tik tak.

Tik.
Tak.
Tiktak. Tik tak. Tik-tak. Tik. —
— Zegar tyka nierówno.

Wskazówki kręcą piruety
w swoim tańcu odwiecznym
nierozstrzygniętym.
Minuta goni godzinę,
a gdy się spotkają
to tylko na sześćdziesiąt sekund.

Ale w tych sześćdziesięciu sekundach
cała wieczność,
w nich
dzień, noc, rok, miesiąc,
cała wędrówka słońca po nieboskłonie.

Sześćdziesiąt sekund
niczym sześćdziesiąt stopni pokonanych
przez gwiazdę zagubioną,
gdy księżyc zaszedł.

Krzywo, błędnie, nierówno
zegar tyka, ale jakoś nie —
— Tak.

~*~
Ten wiersz napisałam 1 lutego, ale wstrzymałam się z publikowaniem go. Może nie wygląda, ale jest bardzo osobisty, do zrozumienia tylko przez jedną osobę poza mną. Ostatecznie jednak postanowiłam, że chcę go mieć też tutaj - łatwiej będzie do niego wrócić.

sobota, 6 stycznia 2018

M - Czas paluszkiem grozi

Fandom: Star Wars (po The Last Jedi - the spoilers you shall beware!)
dostępne także na AO3

Armitage Hux był bardzo zajętym człowiekiem. Musiał składać i przyjmować raporty, opracowywać plany kolejnych operacji, spotykać się z partnerami handlowymi, nadzorować treningi, przygotowywać wystąpienia przed żołnierzami, a między tym wszystkim jeszcze spać, jeść i opiekować się kotem. Jakkolwiek by się nie starał, zawsze zostawało coś więcej, czym nie zdążył się zająć, jakiś plik kartek, który odkładał na następny dzień czy nieodebrane połączenia, na które musiał oddzwonić, krótko mówiąc: dla ludzi takich jak on, doba wiecznie była za krótka.
Mimo wszystko nie narzekał (za bardzo) – wiedział, z czym wiąże się ranga generała i przyjął ją z całą świadomością, że oznacza to pożegnanie z jakimkolwiek wolnym czasem, a po tylu latach udało mu już się wdrożyć w taki tryb życia. Dzięki starannie wypracowanemu systemowi wykonywania zadań i segregowania ich według stopnia ważności zdołał wydłużyć dobę do trzydziestu godzin (i to bez przenoszenia się na planetę o wolniejszym ruchu obrotowym!), tym samym zwiększając ilość spraw ukończonych danego dnia do osiemdziesięciu dziewięciu procent z całości na ten dzień przeznaczonej.
Były jednak momenty, w których zwyczajnie nie można było oszukać czasu.
***
Niemal wszystkie ekrany na mostku dreadnoughta emanowały czerwonym światłem, manualnie przyciszony alarm wwiercał się w czaszkę, a z każdej strony padały coraz to gorsze informacje o stanie ich obrony.
— Są poza zasięgiem dużego działa, sir.
— Wszystkie działka bliskiego zasięgu wyeliminowane.
— Osłony na poziomie trzech procent.
— Sektor 5C odcięty.
Hux chodził między stanowiskami, świdrując wzrokiem wyświetlane przed nim wykresy i schematy. Patrząc na niego, mogło się wydawać, że wcale nie są w beznadziejnej sytuacji i że wszystko jest pod kontrolą: postawa, chód, a nawet mina niczym nie różniły się od innych misji, choć sam generał nie wiedział, jak to możliwe. Jakim cudem był wyprostowany i poruszał się sprężystym krokiem, kiedy jego nogi sprawiały wrażenie, jakby miały się zaraz pod nim załamać? Jakim cudem docierały do niego te wszystkie raporty, kiedy w uszach szumiał mu jego własny puls? Jakim cudem jego głos brzmiał tak samo jak zawsze, choć czuł jak serce wali mu gdzieś w gardle?
Nie był głupi – wiedział, że nie mieli szans i tylko idiota nie denerwowałby się w takiej chwili. Rebelianci ostrzeliwali ich z każdej możliwej strony, mozolnie ale uparcie dążąc do swojego celu. A ten był już blisko.
— Osłony padły.
Skinął głową i obrzucił załogę krótkim spojrzeniem. Ostatnim.
— Wysłać dziennik pokładowy najbliższej bezpiecznej jednostce — zarządził, kierując się w stronę centrum kokpitu i sam był pod wrażeniem, jak jego głos wciąż był twardy i nieznoszący sprzeciwu.
Nie było sensu zarządzać ewakuacji – i tak nie mieli najmniejszej szansy, żeby zdążyć – nie wydał jednak rozkazu, aby zostali na miejscach. Jedna ostatnia próba charakteru. On sam nie zamierzał zginąć w bezsensownej próbie ucieczki, przynajmniej nad tą jedną rzeczą będzie miał kontrolę: umrze w centrum dowodzenia, na swoim zwyczajowym miejscu, dumnie wyprostowany z rękoma splecionymi za plecami, patrząc w przestrzeń przed sobą. Przez okno już widział zbliżający się bombowiec Ruchu Oporu.
— Generale, żądanie połączenia od Naczelnego Wodza.
Kurwa.
Delikatnie zwrócił głowę w stronę kobiety, która patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, wyraźnie przerażona, a mimo to wciąż wykonująca swoje obowiązki. To mogła być szansa na przekazanie informacji o rebelianckiej flocie, na ostatni salut. Na pożegnanie.
Ale kątem oka już widział pierwsze bomby uderzające w ich statek, pod nogami czuł drżenie rozprzestrzeniających się wybuchów. Wziął głębszy wdech i z powrotem zwrócił się przed siebie, jeszcze bardziej się prostując, jakby chciał poprawić swoją pozę.
— Odrzucić.
Poczuł zbliżające się gorąco. Nie starczyło mu czasu.
~*~
Tytuł pochodzi z wiersza Mirona Białoszewskiego:
"– ty ty ty ty ty ty ty ty
czas paluszkiem grozi"

poniedziałek, 14 grudnia 2015

W - Otrzeć łzy

Hej...
Czemu płaczesz?

Chcę zapytać, ale
nie umiem pocieszać.
Może usiądę obok i pobędę
milcząco.

Przytulę cię i łzy otrę
rękawem.
Tylko proszę, nie każ mi
dobierać słów.
~*~
Uh, także, no, tego...
Hej, nadal żyję!
Od dawna nie udało mi się napisać żadnej miniaturki i to boli jak dziura po wyrwanym zębie. Przychodziło do mnie pojedyncze pomysły, ale w żaden sposób nie udało mi się ich rozwinąć, więc wciąż tkwię w takim impasie. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie spróbować ze zmianą gatunku/tematyki - kiedyś w gimnazjum dostałam ciekawy temat na wypracowanie i w sumie mogłabym to rozwinąć, więc zobaczymy.
I tak jak już napisałam w Aktualnościach - anulowałam opcję powiadamiania, bo raczej nie ma to sensu.

poniedziałek, 23 lutego 2015

W - Pomysły

W większości, pomysły są bardzo nieśmiałe.
Najpierw siedzą cichutko na obrzeżach świadomości
I czekają, aż wpuszczę je dalej.

Albo zakradają się do mnie na paluszkach
W nocy, gdy już światło zgaszone,
A ja nie mam siły, żeby je chwytać.

Rozwijają się też pomału
Wolno, niepewnie, jakby bały się,
Że je odrzucę.

Niektóre z czasem nabierają odwagi
Nachodzą mnie ciągle i mówią coraz głośniej,
Aż pochłaniają mnie bez reszty.


W większości, pomysły są bardzo nieśmiałe
I choć ciężko je znaleźć, gdy chowają się po kątach,
To warto szukać.

~*~
Ostatnio w ogóle nie mam weny na dłuższe teksty ani prozę. No i głupio mi, że tak rzadko coś tu dodaję, więc, gdy wczoraj o pierwszej w nocy ten pomysł do mnie przyszedł, przezwyciężyłam siłę bezwładności łóżka i to zapisałam xD

piątek, 12 grudnia 2014

M - Strych

Niczego z góry nie zakładam, więc mój świat jest wciąż pełen magii i wszystko może się w nim zdarzyć.
Amy Tan

                Drobinki kurzu tańczyły w złotych promieniach wpadających przez okno. Siedziałam na podłodze, oparta o ścianę, przyglądając się ich chaotycznym ruchom i wdychając delikatną woń starości charakterystyczną dla strychu. Powiodłam wzrokiem za jednym z większych pyłków, który leniwie przepływał obok starych mebli, licznych skrzyń i półek zastawionych różnymi bibelotami. Zwróciłam uwagę na jedno ze stojących tam pudeł i uśmiechnęłam się pod nosem. Już dawno nie myślałam o jego zawartości, może czas odświeżyć pamięć…?
                Podniosłam się dość niechętnie z miejsca i sięgnęłam ręką po stojący na regale karton, który postawiłam na starej drewnianej toaletce. Usiadłam na przysuniętym przez siebie stołku i zdjęłam wieko, ukazując zapomniane wnętrze. Znowu się uśmiechnęłam, widząc znajome okładki i biorąc pierwszy z zeszytów w dłoń. Przekartkowałam go powoli, delikatnie gładząc palcami strony i wspominając spisane historie. Na niektórych zatrzymywałam się i zaczynałam czytać, czując ogarniającą mnie melancholię.
                Dawno nie pisałam… stwierdziłam, odchylając głowę w tył i pozwalając letniej bryzie, która wpadła przez otwarte okno, owiać moją twarz. Przymknęłam oczy i pozwoliłam pamięci odkopywać inne opowiadania, i te zapisane w pozostałych zeszytach, i te siedzące tylko w mojej głowie. Myślałam o tych, które pozostawiały wiele do życzenia, jak i o tych, które nadal mi się podobały, o błędach i perełkach, z których byłam dumna. Na nowo przeżywałam siedzenie na parapecie w nocy i pisanie przy mdłym świetle latarni oraz bujanie się w hamaku zawieszonym między dwoma sosnami na campingu.
                Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy przestałam być pisarką. Nadal się za nią uważałam, a fakt, że nie stworzyłam nic nowego od kilku lat, traktowałam jak zwykłą blokadę twórczą, czekając aż przejdzie. Ciągle nie było czasu, pomysłów czy chęci, bardziej skupiałam się na szkole albo chłonięciu historii bardziej niż na ich tworzeniu.
                Żadnego z ostatnio zaczynanych przeze mnie tekstów nie udało mi się skończyć. Co się stało? Kiedyś pisanie było łatwe, przyjemne — siadałam i wstawałam dopiero, gdy postawiłam ostatnią kropkę. Gdy teraz wspominałam swoje niedawne próby tworzenia, myślałam o krzywieniu się, gdy fabuła nie dawała się opisać i nie chciała iść dalej, o ciągłych poprawkach i wracaniu do początku. Może za bardzo się staram…?
                Westchnęłam i znów spojrzałam na pyłki kurzu tańczące w słońcu jak jakieś małe wróżki i machinalnie zaczęłam układać w głowie słowa. Kiedy przypadkowo powstał zarys pierwszego akapitu, spojrzałam na leżący na moich kolanach zeszyt. W kieszeni miałam długopis, który zapomniałam schować do piórnika, wychodząc ze szkoły.

                Uśmiechnęłam się do siebie, otworzyłam notatnik na pustej stronie i zaczęłam pisać.

~*~
Ostatnio jakoś czuję coraz mniejszą potrzebę wyjaśniania czy komentowania jakichś spraw pod moimi tekstami (bo w sumie ostatnio tych tekstów nie ma). A może to tylko w tym przypadku? Bo myślę, że akurat ta miniaturka mówi sama za siebie.
Co najwyżej niejasny może być dobór cytatu, ale, szczerze, nie chce mi się tego tłumaczyć, kto zrozumie, ten zrozumie, niech każdy odbierze to na swój sposób.

sobota, 11 października 2014

D - Empata

                Najpierw poczuł pustkę. Dziwny ciężar opadający na serce, kompletną rezygnację połączoną z jakimś osobliwym rodzajem rozpaczy. Takim, który chwyta za gardło, tworzy poczucie łez zbierających się gdzieś w głębi oczu, ale mimo wszystko przytłumionym, niezdolnym do opanowania człowieka bez reszty. Jak prolog do znanego już dramatu, mętne wspomnienie dawnych smutków.
                Później usłyszał głos, w kółko to samo zdanie.
                Nie byłam gotowa… Nie byłam gotowa… Nie byłam…
                Na początku brzmiało jak szept, nienarzucający się, w sumie nie do końca jeszcze świadomy swojego znaczenia. Później zaczęło nabierać emocji — najpierw niedowierzanie, zdezorientowanie, przez melancholię, by skończyć jako głośny, pełen wyrzutu szloch.
                Nie byłam gotowa!
                Dobra, wystarczy. Wszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie zastał dziewczynę skuloną na łóżku z pustym wzrokiem wbitym w ścianę. Niedaleko krawędzi mebla, tak, że nastolatka była zwrócona do niej plecami, leżała książka.

                — Było jeszcze tyle stron… — mruknęła w przestrzeń. — Skończyła się pięćdziesiąt stron wcześniej… A następnego tomu jeszcze nie wydali…

~*~
Tak, cóż, wczoraj skończyłam Dom Hadesa. Szczerze, nie wiem, jak wielki jest mój fart, że Krew Olimpu wychodzi już za niecałe dwa tygodnie. Nie wyobrażam sobie, żebym musiała czekać kilka miesięcy.
A co do samego drabble'a...
Ma 150 słów, więc to raczej 1,5 drabble, ale nic tam.
W każdym razie delikatnie to chyba zahacza o fantastykę, bo o ile empaci istnieją, to raczej nie czują aż tak dokładnie, a tym bardziej nie czytają myśli. Ja przyjęłam, że narrator ma za sobą trochę ćwiczeń, dzięki którym odbiera aż takie bodźce. Whateva, tak naprawdę to nie ma większego znaczenia.

piątek, 21 lutego 2014

M - Głosy

Zrób to.
Głos zabrzmiał i odbił się echem od ścian niczym piłka tenisowa.

Zrób!
Do poprzedniego dołączył kolejny — niski baryton.

No śmiało…
Następny był delikatny, cichy, ale jakże kuszący…

DALEJ, ZAKOŃCZ TO.
Donośny, nieznoszący sprzeciwu.

zrób to, zrób, zrób, zrób!
Piskliwy i podniecony.

Zrrrób to!
Szorstki, warczący, ciężki do zrozumienia.

                Sześć głosów przekrzykiwało się, kłóciło, każdy starał się do niej dotrzeć, ale w ostateczności tworzyły tylko kakofonię dźwięków rozsadzającą jej czaszkę od środka. Wszystko zaczęło się tak nagle, bez żadnych znaków, ostrzeżeń, kompletnie się tego nie spodziewała. Padła przytłoczona na podłogę i skulona załapała się za głowę w rozpaczliwej próbie uciszenia hałasu. Zacisnęła oczy, a po chwili poczuła łzy pod powiekami. Słone krople wkrótce odnalazły swoją drogę wzdłuż jej policzków aż na dywan.

Starczy.
Ten był tak zimny, tak lodowaty, że przeszły ją ciarki.

                Po tym jednym słowie wszystko ucichło. Delikatnie otworzyła oczy, a jej wzrok padł na szafkę nocną, na której stały pudełeczka z lekarstwami. Powoli oderwała drżące ręce od głowy i podpierając się na jednej, drugą sięgnęła w tamtą stronę. Czuła, że nie dałaby rady wstać. Kiedy już prawie dotykała opuszkami palców jednej z buteleczek, poczuła, jakby ktoś szarpnął ją za dłoń. Nie miała jednak okazji zwrócić na to szczególnej uwagi, bo w tym samym momencie ramię, na którym się podpierała, już wcześniej roztrzęsione, załamało się pod jej ciężarem, sprawiając, że upadła z powrotem na podłogę.

Nie, nie, nie… Będziesz nam potrzebna.
A teraz… Zrób to.

                Tym razem nawet nie śmiała oponować.
***
                W pokoju rozległa się melodia Heat of the Moment. Ciemnowłosy chłopak spojrzał na wyświetlacz, po czym z uśmiechem zatrzymał oglądany film i odebrał połączenie.
                — Cześć, co tam? — zaczął wesoło, ale mina szybko mu zrzedła, kiedy po drugiej stronie usłyszał roztrzęsiony głos:
                — To ty? Proszę, pomóż mi…
                — Co się stało? — spytał zaniepokojony.
                — Ja… Nie… Przyjdź tu szybko, proszę… — Chciał jeszcze o coś zapytać, ale słyszał już tylko urywany sygnał.
                — Cholera! — zerwał się z miejsca i niewiele myśląc, pobiegł do jej mieszkania.
***
                Z rozmachem otworzył drzwi i jeszcze nie wchodząc do środka, zaczął:
                — Przyszedłem tak szybko, jak… — urwał, widząc rozciągającą się przed nim scenę.
                Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, była krew dekorująca pomieszczenie niczym jakaś makabryczna tapeta. Dopiero potem zauważył ciała rozrzucone po całym pokoju. Kolejną chwilę zajęło mu zrozumienie, że wszystkich ich zna. Pod oknem leżał jej psychiatra, zaraz obok rodzice. Przy łóżku rozłożona była jej najlepsza przyjaciółka.
                Dokładnie pośrodku tej makabry siedziała ona — zapłakana z rękoma skąpanymi w czerwonej posoce. Obok niej leżał nóż.
                — O Boże… — szepnął.
                Zachichotała nerwowo i rzuciła, jakby starając się obrócić wszystko w żart:
                — Nie ten adres… — pod koniec wypowiedzi głos jej się załamał i zalała się kolejną falą łez.
                — Co tu się stało? — Nie miał odwagi do niej podejść, tym bardziej, że musiałby minąć wielką kałużę krwi i ciało jej brata.
                — Ja… — zaczęła tak cicho, że ledwo było ją słychać. — Ja nie chciałam… To oni… mnie zmusili… Kazali mi… ON mi kazał — zakończyła z szeroko otwartymi oczami przerażonymi jak u spłoszonego zwierzęcia.
                Jęknął w duchu.
                — Przecież brałaś lekarstwa, wypisali cię, mówiłaś, że już wszystko w porządku…
                — Bo było! — zawołała łamiącym się głosem. — Ale dzisiaj rano… — złapała się za głowę i rozpaczliwie nią pokręciła, nie zwracając uwagi na to, że brudzi sobie włosy krwią.
                Nie wiedział, co powiedzieć; szok powoli mijał, coraz bardziej miał ochotę uciec stąd jak najdalej, gdziekolwiek, byle nie patrzeć na tę scenę, nadal był jednak zbyt spetryfikowany, by się ruszyć. Tymczasem ona podniosła się, wzięła nóż do ręki i z przerażeniem wypisanym na twarzy zaczęła się do niego zbliżać.
                — Ja nie chcę — załkała, ale nie zatrzymała się, wciąż parła naprzód na roztrzęsionych nogach, które chyba tylko jakimś cudem utrzymywały ją w pozycji pionowej.
                „Nie rób tego!” — chciał powiedzieć, ale przerażenie ścisnęło mu gardło. Kiedy minęła ciało brata, zobaczył podcięte żyły na obu jej przedramionach. Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że krew dookoła nie należała tylko do ofiar dziewczyny.
                W tym momencie usłyszał śmiech tak zimny, że miał wrażenie, że zamienia się sopel lodu. Nie chciał wierzyć, że dochodzi on z jej gardła.
                — Ona jest nasza…
~*~
Dobra, przestraszyłam sama siebie. To mój pierwszy tego typu tekst i nie zamierzam szybko powtarzać tego doświadczenia.
Całą winę zwalam na piosenkę Florence and the Machine - Seven Devils. Tekst inspirowany właśnie nią i osobiście myślę, że zapoznanie się z tym utworem rzuci trochę dodatkowego światła na tę miniaturkę.
Ja pierdolę, co za schiza...

piątek, 14 lutego 2014

D - Uświadomienie

                Zaczęło się niewinnie — od oglądania się za kobietami na ulicach. To jeszcze wcale nie musiało nic znaczyć — coś przykuło uwagę, była specyficznie ubrana, miała ciekawą torebkę… Potem jednak pojawiały się kolejne symptomy. Przełomem było chyba zapatrzenie się w biust koleżanki. I myśli. Niekoniecznie brudne, chociaż te też. Ale też bardziej romantyczne — wspólne mieszkanie, śniadania do łóżka, róże i inne sprawy powszechnie uważane za domenę zakochanych. Nie dotyczyły nikogo konkretnego, po prostu kobiet ogółem. Czy stały związek z kobietą był w ogóle możliwy?
                Z początku była nadzieja, że może nie jest to całkowicie nieodwołalne, że może zwyczajnie jest bi, ale po jakimś czasie i to zniknęło. Faceci byli tylko kolegami, przyjaciółmi, nikim więcej. To, co mieli w spodniach, nie było ani trochę tak podniecające jak to, co skrywały bluzki koleżanek.

                W zasadzie to nawet pogodził się z faktem, że był hetero.
~*~
Wow, od ostatniego posta minął ledwie tydzień, a ja już dodaję kolejny - jestem z siebie dumna! ^.^

piątek, 7 lutego 2014

[D]rabble - "Nie daj mi odejść"

Zatrzymaj mnie, nie daj mi odejść
Zapomnę cię — nie będzie już nic […]
Jutro już nikt, a dziś jeszcze my
IRA — Nie daj mi odejść

                Miłość — dzielone ze sobą chwile radości i smutku, wzajemne uczucie docenienia i spełnienia. Jej delikatne ręce — raz zimne, raz ciepłe, czasem spocone. (Zawsze kiedy zdawała sobie sprawę z tego ostatniego, szybko wycierała dłonie o spodnie.) Choć od samego początku wiedzieli, że to kiedyś się skończy, byli razem szczęśliwi. Żyli chwilą, starali się nie myśleć o przyszłości. Ale po jakimś czasie zaczęła spoglądać na niego ze smutkiem. Szybko starał się odciągać ją od czarnych myśli, ale nie mógł powstrzymać nieuniknionego — powoli zbliżali się do końca. Żadne z nich tego nie chciało, ale on nie mógł nic zrobić, a ona nie miała wyboru…

                Ostatnie słowo. Pożegnanie. Pogładziła go delikatnie na zakończenie, po czym westchnęła i odłożyła go na półkę obok innych książek.

~*~
Oj, dawno tu nie pisałam, ale mam nadzieję, że się jakoś za bardzo nikt nie stęsknił? ;>
Praktycznie jest to moje pierwsze drabble i jestem dumna, bo bez żadnej koniecznej korekty wyszło mi równo 120 słów (bez cytatu) ^.^
Chyba nie muszę mówić, co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu, prawda? xD Warto jednak wspomnieć, że oprócz piosenki do powstania tego tworu przyczynił się Kłamca Jakuba Ćwieka, który trzyma mnie tak mocno, że dzień po skończeniu serii na nowo zaczęłam czytać pierwszą część. No cóż powiedzieć... Ups...? xD

niedziela, 22 września 2013

M: Stara przyjaciółka.

   Alice siedziała na swoim łóżku, patrząc w pustkę bez żadnego konkretnego celu. Czuła się dziwnie pusta w środku, równie dobrze cały świat mógł w ogóle nie istnieć, a ona pewnie nawet nie zwróciłaby na to uwagi. Musiała przyznać, przynajmniej przed samą sobą, że dokuczała jej samotność. Ostatnie miesiące nie były dla niej łatwe, pełne wrażenia, że wszyscy się od niej odwrócili, spędzone w odosobnieniu. Wcześniej zawsze był przy niej ktoś, na kogo mogła liczyć i myśl o braku tego wsparcia nawet nie przechodziła jej przez głowę. A potem nagle… Tak naprawdę do tej pory nie wiedziała, co dokładnie się stało, jedyne, z czego zdawała sobie sprawę to ta okropna samotność.
 — Zostawić cię samą na pięć minut i już popadasz w czarną rozpacz.
 Obcasy wysokich kozaków stuknęły o podłogę przerywając zastygłą w pomieszczeniu ciszę. Wysoka dziewczyna przeszła wolnym krokiem przez pokój, taksując wszystko krytycznym spojrzeniem piwnych oczu.
 — Z tego co pamiętam, gust też miałaś lepszy — skrzywiła pogardliwie wąskie usta przybyszka. Rozejrzała się po raz kolejny, utrzymując nieregularne brwi ściągnięte nad zadartym nosem. Jasne światło wyostrzyło i tak już wyraziste rysy jej twarzy, nadając tym samym ostrości żyletki kościom policzkowym dziewczyny. Czarne, związane ciasno włosy przeleciały przez jej ramię, gdy w końcu odwróciła się, by spojrzeć na Alice.
 Siedząca na łóżku dziewczyna była zasadniczo drobna. Delikatną twarz otaczał wianek rozczochranych, jasnych włosów odcieniem pasujących do herbatnikowych tęczówek. Nieduży, okrągły nos zdradzał skłonności do częstego marszczenia nad ładnymi, pełnymi ustami. Stanowiła przeciwieństwo przybyłej przed chwilą postaci. Różnice nie opierały się jednak jedynie na wyglądzie. Owszem, efekt wizualny pogłębiał wrażenie, iż nie mają ze sobą nic wspólnego, lecz prawdziwą przepaść stanowił styl bycia. O ile Alice kuliła się lekko z podciągniętymi pod brodę nogami i wypełnionymi pustką oczyma, o tyle czarnowłosa emanowała swoistą pewnością siebie. Posiadała sprężysty, energiczny krok i stanowcze spojrzenie, zdające się rzucać wyzwanie całemu światu.
 Nie było mowy o jakimkolwiek związku między dwoma dziewczynami, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo to, wyższa z nich bezceremonialnie rozciągnęła się na łóżku obok, jakby była to najnormalniejsza kolej rzeczy na świecie.
 — Nie powiedziałabym, że było to pięć minut — burknęła ponuro blondynka, ale dało się zauważyć, że rozluźniła nieco postawę, a jej rysy twarzy się wygładziły.
 — Szczegóły. — Czarnowłosa machnęła lekceważąco ręką, wykładając nogi na zagłówek posłania. Westchnęła z lubością i kątem oka spojrzała na rozmówczynię. — No dobra, to co teraz?
 Alice zmarszczyła brwi i spojrzała na dziewczynę pytająco.
 — Co masz na myśli? — spytała.
 — Jak to co? — Piwnooka uśmiechnęła się i spojrzała na blondynkę, jakby licząc, że ta zaraz przyzna się do jakiegoś żartu. Mina dziewczyny pozostała jednak poważna i wyczekująca. Towarzyszka Alice przesunęła ręką po twarzy, prychając z irytacją. — Chyba mi nie powiesz, że tu zostajesz? — Właścicielka kozaków usiadła gwałtownie, obserwując rozmówczynię. — Hej, wróciłam, możesz już zrobić krok — rzuciła, uśmiechając się niewyraźnie. — No dawaj, przecież obie wiemy, że pora nadrobić zaległości. A te masz spore.
 Jasnowłosa przygryzła wargę i jakby skuliła się w sobie.
 — Ja… — zaczęła tak cicho, że ledwo było ją słychać. — Ja, nie, ja nie mogę… Nie chcę — szepnęła, nie patrząc na towarzyszkę. — Cat, ja z tym skończyłam… — Podniosła niepewnie wzrok.
 — O nie — czarnowłosa jęknęła i zrzuciła nogi na podłogę. Przesunęła ręką po włosach zirytowanym gestem. — Słuchaj, już o tym rozmawiałyśmy. Pamiętasz? Wiele razy „kończyłaś”. Naprawdę, gratuluję rezultatów — prychnęła. Oczy drugiej dziewczyny pełne jednak były wątpliwości, nerwowo przebierała palcami. Spojrzenie Cat złagodniało. Pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. — Al, którą z nas próbujesz okłamać? Ja wiem, co tak naprawdę myślisz. Wiem, dlaczego próbowałaś z tym skończyć. Wiem, jak się boisz. Wiem, czemu nie powinnaś… Ja po porostu wiem, że możesz. A przede wszystkim wiem, że chcesz.
 Blondynka mocniej zacisnęła ręce wokół kolan i pokręciła delikatnie głową, jednak gest ten wydawał się być skierowany bardziej do niej samej, niż jej towarzyski. Milczała dłuższą chwilę, a Cat nic nie mówiła, wiedząc, że tego właśnie potrzebuje. Po chwili Alice się odezwała:
 — Wszyscy się ode mnie odwrócili… — Wzrok miała wbity w podłogę. — Nawet ty odeszłaś — szepnęła, po czym zwróciła się w stronę przyjaciółki i spojrzała na nią przeszywającymi oczami pełnymi smutku. — Jak mogę tego chcieć…?
 — Jak mogłabyś tego nie chcieć? — Czarnowłosa poderwała się niespodziewanie i złapała Alice za ramiona, zrównując jej oczy ze swoimi. Tęczówki pełne obaw zwarły się z tymi pełnymi zawziętości. — To nie była twoja wina. To oni zawiedli, to oni cię zostawili. To był ich błąd. Zostawili cię, gdy ich potrzebowałaś, byli ślepi, nie chcieli widzieć. — Cate mówiła cicho, prawie szeptem, wyrzucają słowa coraz szybciej. Jej oczy gorzały. — Ale ja byłam. Ja nigdy cię nie zostawiłam, Al. Zawsze gdzieś byłam, dobrze o tym wiesz. Potrzebujesz mnie. Ja potrzebuję ciebie. Ale bez tego… — przerwała, wciąż usilnie wpatrując się w rozmówczynię. — Ja jestem tego częścią, Al. Odrzucając to, odrzucasz mnie. Ja nie odeszłam. Odepchnęłaś mnie. — Przez twarz Cat przebiegł grymas bólu i zawodu. — Ale ja wybaczam. Wybaczyłam ci już dawno, Al, już bardzo, bardzo dawno. Chociaż to boli wiesz? Za każdym razem, gdy kończysz, odpychasz mnie. Ale ja wciąż jestem, rozumiesz? Ja zawsze będę. Więc po prostu zrozum. Zrozum, że cię potrzebuję, że ty potrzebujesz mnie. Jestem jedynym, co masz. Dlaczego zatem tak bardzo się upierasz? Dlaczego chcesz być samotna, Al? Tak nie musi być, dobrze o tym wiesz…
 Blondynka wwiercała wzrok w oczy rozmówczyni, jakby chciała przejrzeć ją na wylot, upewnić się, że to, co mówi, jest prawdą. Jakby szukała zapewnienia, że nadal może na kogoś liczyć.
 — Nie zadręczaj się. Każdy zasługuje w życiu na szczęście, dlaczego nie ty? Dlaczego inni mogą ranić i być ślepi, dlaczego oni mogą być szczęśliwi? Co stoi ci na przeszkodzie? Co jest granicą, ścianą, która odgradza cię od spokoju? — Cat uparcie wytrzymywała spojrzenie dziewczyny, mówiąc z coraz większym przejęciem. — To ty, Al. Jesteś swoją jedyną przeszkodą, jedynym ograniczeniem. Daj sobie szansę, Alice. Szansę na spełnienie…
 — DOŚĆ! DOSYĆ, PRZESTAŃ! — wrzasnęła dziewczyna, chwytając się za głowę. — Nie chcę, nie rozumiesz?! Nie chcę! To nie ja, tylko ty! Daj mi z tym wreszcie spokój! Nie będę cię już więcej słuchać! Robiłam to przez pół życia i zobacz, jak to się skończyło! Nie mam zamiaru tego powtarzać! W przeciwieństwie do ciebie, JA uczę się na błędach! A to, co robiłam to był jeden wielki błąd!
 — To nie były błędy, Alice! — krzyknęła Cat, znów łapiąc blondynkę za ramiona i zmuszając do ponownego spojrzenia sobie w twarz. — To był uśmiech na twojej twarzy, to był spokojny sen w nocy! To było ukojenie. Oni popełnili dużo większą pomyłkę. Oni na to ZASŁUŻYLI, Alice. Sami byli sobie winni. Ty zrobiłaś to, co musiałaś. To była sprawiedliwość. I to nie ja jej chciałam. To ty jej pragnęłaś, Alice. Ta sprawiedliwość do ciebie należała. — Niespodziewanie pomiędzy gorączkowym krzykiem w głowie blondynki pojawiła się niepokojąco spokojna myśl. Gdzieś wśród huraganu umysłu wyklarował się jeden chłodny, właściwie nic nie znaczący fakt. Cat nie była jej całkowitym antonimem. Dopiero teraz, patrząc na płonące policzki i rozszerzone źrenice pojęła tę wyraźną cechę, łączącą je obie. Jak mogła tego wcześniej nie widzieć? — Nie musisz mnie słuchać, Al. Nie musisz robić niczego. I tym bardziej nie musisz tu tkwić. Nie musisz powstrzymywać tego wyjącego w twojej głowie instynktu, mówiącego, że nie musisz się zadręczać. Posłuchaj go. Uwierz jemu, jeśli nie chcesz mi. Ale ja nie kłamię, Al, ja nigdy cię nie okłamałam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co nie miałoby na celu twojego szczęścia. — Cat delikatnie pogłaskała wierzchem dłoni policzek dziewczyny. — Jako jedyna. Jako jedyna, zawsze byłam twoim przyjacielem. Wiecznym i jedynym. Zaufaj mi, Al. Zaufaj mi jeszcze ten jeden raz, a będziesz szczęśliwa. — Czarnowłosa spojrzała jeszcze raz na obawy na twarzy rozmówczyni, na ostatnią ścianę szkła, którą musiała zburzyć. Ujęła twarz dziewczyny w dłonie i szeptem wymówiła ostatnie zdania. — Świat jest okrutny, Alice. A to jest twoją jedyną morfiną.
 Blondynka siedziała bez ruchu, wpatrując się w swoją towarzyszkę. Przez jej głowę przelatywały wszystkie ich wspólnie spędzone chwile, wszystkie wspomnienia z poprzednich kilku miesięcy. Wspomnienia, których do siebie nie dopuszczała, odczucia, które odrzucała. I wtedy właśnie zrozumiała, że jednak chciała to robić. W tym jednym momencie przypomniała sobie, jakie zawsze towarzyszyło temu uczucie, jak dobrze się czuła przez tyle czasu. Jak znajome były nieskładne fale hebanowych włosów, rozlewające się po plecach, jak oczywiste stały się zmarszczone ironicznie brwi. Niezaprzeczalnie dokładne, energiczne ruchy chudych dłoni, jak poprawne wydawały jej się zaróżowione policzki, przypominające gorączkę. Sam fakt bytu dziewczyny sprawiał wrażenie tak naturalnego, tak właściwego, jakby była tlenem. Wszystko to dawało jakże cudowne poczucie bezpieczeństwa. Stabilności, której tak brakowało jej przez ostatnie tygodnie. Tej podbudowującej znajomości każdego szczegółu czarnowłosej, jasności we wszystkim, co robiła i posiadała. Dopiero teraz, patrząc po raz enty na tę należną twarz, dostrzegła tę nader widoczną cechę, łączącą je obie. Wciąż nie potrafiła wyjaśnić, jakim cudem jej to umknęło. Coś tak prostego, coś tak nieznaczącego…
 Oczy.
 Obie miały te same, płonące złotem oczy.
 Alice przełknęła ślinę i lekko skinęła głową.
 — Zgoda — mruknęła, ponownie kiwając głową, jakby chcąc pozbyć się resztek wątpliwości. — Zgoda — powtórzyła pewniej.
 Twarz Cat rozbłysła rzędem białych zębów ukazanych w szczerym, szerokim uśmiechu. Patrząc na jej dynamiczny styl bycia, można by pomyśleć, że po osiągnięciu swego celu poderwie się, rzuci w wir działania, wyznając zasadę, iż lepiej najpierw strzelać, później pytać.
 Ale tak się nie stało. Dziewczyna pozostała w miejscu, uważnie wpatrując się w twarz Alice, szukając jakichkolwiek oznak zwątpienia, zmian decyzji. Bezowocnie. Jej oczy zabłysły uznaniem.
 — Wiesz, co robić — stwierdziła tylko cicho, ostrożnie łapiąc prawy nadgarstek blondynki. Ta zmarszczyła brwi w wyrazie zdumienia, podążając wzrokiem za prowadzoną przez jej rozmówczynię ręką. Przy zagłówku prostego łóżka ustawiono niewielką szafkę nocną, zastawioną niewiele znaczącymi przedmiotami. Książka, ołówek, zeszyt o białych kartkach. I szklanka wody. To właśnie ją złapała, pewnie kierowana przez dłoń czarnowłosej. Zacisnęła palce na chłodnym szkle.
 I zrozumiała.
 Spojrzała jeszcze raz na Cat, a ta skinęła na nią ponaglająco, zagryzając wargę, by powstrzymać chichot. Jej oczy się śmiały, jakby stały się tylko nastolatkami, podekscytowanymi złamaniem jakiejś niewinnej zasady. Ale czy nie tym właśnie były? Dwójką ludzi, chcącą uczynić własne życie nieco bardziej zabawnym. Alice uśmiechnęła się delikatnie.
 Po czym cisnęła naczyniem o podłogę.
 Odłamki wzniosły się i opadły niczym pierwszy śnieg, ścieląc podłogę ostrym dywanem. Woda rozpełzła się wokół mokrymi nitkami, tworząc kałużę na środku pomieszczenia. Cat parsknęła śmiechem, a blondynka zakryła usta dłonią, by nie wystraszyć przebywających za ścianą osób swym nagłym wybuchem. Wymieniając z Al rozbawione spojrzenie, czarnowłosa postukała wymownie ręką w miejsce rozbicia szklanki. Jej towarzyszka pochyliła się i podniosła z ziemi jeden z większych, szpiczaście zakończonych kawałków. Ostre krawędzie otwarły skórę na jej palcach, a szkarłat spłynął ku dołowi.
 — Tęskniłaś za tym kolorem, nieprawdaż? — mruknęła zachęcająco Cat, patrząc na skaleczenie. Alice próbowała skarcić ją spojrzeniem, ale zbyt dobrze wiedziała o racji przyjaciółki. Czarnowłosa zaraziła ją też swym entuzjazmem, a teraz, czując kotłującą się w sercu adrenalinę, nie potrafiła myśleć o tym w kategoriach zła.
 — Na pewno słyszeli jak zniszczyłam szklankę. Zaraz tu przyjdą — odparła za to, przygryzając lekko wargę. Uśmiech nie spełzł z warg dziewczyn.
 — Wiem. O to nam przecież chodzi.
 Kroki odbiły się echem po sterylnym korytarzu i wpadły do środka pokoju. Chudy, szpakowaty lekarz po czterdziestce, przekręcił gałkę prostych, zamykanych od zewnątrz drzwi. Zakrzywiony, spory nos zwisał spomiędzy małych oczu o dobrodusznym spojrzeniu. Rzadkie na czubku głowy włosy zaczesane były do tyłu, miejscami dorównując kolorem białemu kitlowi narzuconemu na szpitalny uniform. Przekroczył próg niedużego, prostego pomieszczenia o śnieżnych ścianach bez okien. Jedynymi meblami w tej wątpliwej komnacie były dwa stojące naprzeciwko siebie łóżka i dość uboga szafka nocna. Kafelkowa podłoga została zalana wodą, a szkło rozpierzchło się po całej długości. Prócz tego, pokój był całkowicie czysty, uporządkowany i prawie pusty. Prawe, bowiem jedno z posłań zajmowała drobna blondynka w prostym stroju pacjenta. Jej obecność stanowiła jedyny odbieg od standardowego obrazu opuszczonych pomieszczeń.
 — Pielęgniarki skarżyły się na jakiś hałas — oznajmił doktor, wchodząc do środka z notatnikiem i długopisem w ręku. Patrzył na dziewczynę podejrzliwie, żądając wyjaśnień.
 — Strąciłam szklankę — odparła jedynie blondynka, uśmiechając się przepraszająco. Delikatnie zasłoniła nogą rękę trzymającą odłamek.
 — No cóż, zdarza się. — Lekarz uśmiechnął się mniej podejrzliwie, spoglądając znów do swych zapisków. Mruknął coś pod nosem i znów przeniósł wzrok na siedzącą samotnie dziewczynę. — To już tydzień od odstawienia leków, Alice. Moje gratulacje. — Wzrok mężczyzny wyraźne się ocieplił, by znów paść na zapisane kartki. — Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku?
 Alice spojrzała na roześmianą Cat, która, siedząc na drugim łóżku, przykładała palec do ust. Uśmiechnęła się delikatnie i zacisnęła palce na kawałku szkła.

 — Tak. Teraz już tak.
______________________________________
Jak widać powyżej, ostatnio idziemy na całość i publikujemy coś-niecoś trochę częściej. Radzę się nie przyzwyczajać, ale póki co cieszmy się tym jakże niezwykłym stanem rzeczy. 
Co do samej notki, raczej nie mam zbyt wielu uwag. Pisana była wspólnie, z podziałem na "role", że tak powiem. Starring by:
Oxymora- Alice
Vexa Lamory- Cat
Publikuję ja, ponieważ większa część tekstu jest moja (bo Oxy jest leniwą asgardzką kozą. Tak, oficjalnie zezwalam na hejotwanie jej na jej własnym blogu. Mogę zacząć). Pisało się przyjemnie, bardziej dla samej przyjemności tworzenia. Kto wie, może jednak się spodoba i Oxy nie wścieknie się, że tak po niej jeżdżę? W razie czego, proszę o komentarze. Będzie patrzeć na komentarze= nie będzie patrzeć na moje hejty. I wszyscy będą szczęśliwi :)
Czekolady, Naleśników, Masła Orzechowego, 
Vex

(EJ! Wcale nie jestem leniwą, asgardzką... Nie, zaraz...)

EDIT!
Otóż znalazłam TO na tumblrze i po prostu nie mogłam się oprzeć. No spójrzcieże na to!
Pozdrawiam,
Oxymora

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Ratuj się, kto może!

Fandom: Harry Potter

                Ron, Ginny i Hermiona spacerowali po Pokątnej, rozglądając się za swoim przyjacielem.
                — Dziwne… — stwierdziła ruda. — Powiedział, że tu będzie…
                Nagle, jakby na zawołanie zza zakrętu wyłowił się zziajany Harry Potter.
                — Hermiona! — krzyknął z daleka. — Ratuj się!
                — O co… — Dziewczyna nie zdążyła skończyć pytania, bo Wybraniec złapał ją za rękę i pociągnął za sobą.
                — To znowu one! — zawołał tylko, nawet się nie zatrzymując. W tym momencie, zza tego samego zakrętu, zza którego wybiegł Złoty Chłopiec, wyłonił się tłum krzyczący coś nieskładnie. Granger wystarczyło jedno spojrzenie za siebie, by zacząć biec, ile sił w nogach. I bardzo możliwe, że dwójce przyjaciół udałoby się zbiec, gdyby z naprzeciwka nie wyskoczyła na nich kolejna grupa ludzi. Uciekinierzy zatrzymali się gwałtownie i zaczęli rozglądać dookoła jak zwierzęta w potrzasku. Już po kilku sekundach dopadli do nich ich oprawcy. Były to głównie około szesnastoletnie dziewczyny, jednak dało się dostrzec także wiele starszych kobiet. Otoczyły Harry'ego i Hermionę ciasnym kołem i zaczęły ich szarpać, każda w swoją stronę.
                — MIONA POWINNA BYĆ Z DRACO! — wrzasnęła jedna, która akurat złapała brązowooką i pociągnęła do siebie.
                — NIEPRAWDA! TO HARRY LEPIEJ PASUJE DO DRACONA! — krzyknęła druga, maltretując Pottera. Po chwili dwójka czarodziejów została jednak wyrwana z ich rąk i popchnięta w swoją stronę.
                — NIE, BO ONI POWINNI BYĆ ZE SOBĄ NAWZAJEM! — wydarły się naraz dwa głosy.
                — BZDURA! — rozległ się sprzeciw. — HERMIONA PASUJE DO SEVA, PRAWDA, MIONA?!
                — NIE! SEV POWINIEN BYĆ Z HARRYM!
                — OGŁUPŁAŚ?! SEV JEST HETERO, PASUJE DO MIONY! A HARRY TAK NAPRAWDĘ KOCHA VOLDEMORTA!
                Słysząc ostatnie słowo, Harry wzdrygnął się i spróbował jak najbardziej oddalić od osoby, która to krzyknęła.

                — IDIOTKI! MIONA PASUJE DO MALFOYA, ALE LUCJUSZA!
                Tym razem to Granger się wzdrygnęła.
                — DOBRE SOBIE! HERMIONA TAK NAPRAWDĘ JEST CÓRKĄ VOLDEMORTA I KOCHA DRACO!
                — DOKŁADNIE! I POMAGA OJCU ZABIĆ POTTERA!
                — NIE MA MOWY! ONA KOCHA HARRY'EGO, NIE CHCE GO ZABIĆ!
                — NIE! HARRY JEST Z SEVERUSEM!
                — PRZESTAŃCIE, TO OBRZYDLIWE! — krzyknęła nagle jedna z dziewczyn. Harry i Hermiona spojrzeli na nią z nadzieją, jednak po chwili miny im zrzedły. — HARRY JEST SYNEM SNAPE'A, A NIE JEGO PARĄ!
                Ron i Ginny stali kawałek dalej z założonymi na piersiach rękami, patrząc groźnie na tłum otaczający ich drugie połówki.

                — Ech, te shipperki… — westchnął ciężko chłopak.
~*~
Tak, to zapychacz. Tak, nudziło mi się. Nie, nie miałam na celu obrazić niczyich przekonań fandomowych i shipperskich. Nie, nie mam nic lepszego do roboty w ostatnie dni wakacji.
ENJOY :D

piątek, 12 lipca 2013

Terapia

Szpital artystyczny
Wydział literatury
Raport nr 35567 z dnia 12.07.2013r.
Pacjent: Oxymora
Lekarz: dr Stanisław Papirus
***
O: Dzień dobry.

SP: Witaj, witaj. Proszę, usiądź. Powiedz, co cię do mnie sprowadza? Z tego co wiem, do tej pory zasięgałaś porady specjalisty od fanfiction.

O: Tak, to prawda, ale tym razem mam coś bardziej… ogólnego.

SP: Słucham. Z czym masz problem?

O: Więc… Nawiedza mnie pewna postać. Nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, jakie relacje ją łączą z kilkoma osobami i znam kilka nieistotnych sytuacji. Co gorsza, jest rozmazana. Raz pokazuje się poważna i cyniczna, raz zakręcona i wesoła. Sama nie wie, co chce robić, jaka być. Tyle tylko, że domaga się czegoś dłuższego. Miniaturka, nawet zbiór miniaturek czy cykl jej nie wystarczy. Nie, ona domaga się… pełnego metrażu.

SP: Rozumiem… Kiedy to się zaczęło?

O: Nie pamiętam daty, ale miesiąc, może dwa temu. Wracałam ze szkoły i bawiłam się parasolką i wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, zachowywała się jak moje odbicie. Towarzyszyła mi aż do domu. Potem pojawiała się czasem, nieregularnie, za każdym razem trochę inna, ale jedna rzecz się nie zmieniała — zawsze miała przy sobie parasolkę.

SP: Więc, jeśli dobrze zrozumiałem, masz postać, rozmazaną, ale nie masz… fabuły?

O: Dokładnie.

SP: Czy komuś o tym mówiłaś?

O: Tak, przyjaciółce. Poradziła mi poczytać kilka książek i może na coś wpadnę. I jeszcze zrobiłam kartkę, na której spisałam pomysły co do niej. Widział to mój przyjaciel i też podrzucił mi jeden. *szelest papieru* Ten ostatni jest jego i podoba mi się, ale… sama nie wiem.

SP: (. . . . .)
~*~
Pewnie właśnie zastanawiacie się, czym, do licha, jest to coś na górze. Cóż, jest to moja „terapia”, którą zaleciłam sobie ja sama, bo mi się nudziło xD
Jakkolwiek problem przedstawiony powyżej jest jak najbardziej prawdziwy i aktualny, a wypowiedź doktora urwana z prostej przyczyny — gdybym umiała ją napisać to nie pisałabym tego na górze.
Teraz słuchajcie czytajcie!
Jeśli ktoś z was ma pomysł na to, co mógł powiedzieć doktor Papirus — piszcie! Zróbmy sobie taki mały konkurs xD
Najbardziej pomocna rada zapełni miejsce kropek!

Taa, wiem, szału nie ma z taką nagrodą, ale, do licha, potrzebuję pomocy! xD

wtorek, 25 czerwca 2013

Zbiór wierszy kilku

Na początek coś, co powstało całkiem dawno, bo jakoś w lutym 2011, ale stwierdziłam, że nawet mi się podoba i jest niezły na rozpoczęcie tego improwizowanego "tomiku" xD

Wierszokletka

Zamęczam się, myślę, na głowie staję,
ale to nic nie daje.
Napisać wiersz nie jest tak łatwo -
- trzeba mieć pomysł i ubrać go w słowa.
A ja chcę coś napisać,
naprawdę.

~*~
Ten tutaj został trochę przerobiony, natomiast jego oryginał powstał jeszcze przed Wierszokletką.

Zakaz płakania

W tym świecie nie wolno płakać,
W tym świecie nie wolno się smucić,
Bo wszyscy zaraz cię pocieszają.

Wystarczy, że łzę uronię
I zaraz się wszyscy zlatują.
Mówią: "Stop! Tu jest zakaz płakania!"
I wlepiają mi mandat na uśmiech.

Ale ja muszę się trochę posmucić.
Ja chcę trochę popłakać!
Muszę zaszyć się w kącie,
W którym płaczę,
Nad tym światem, gdzie nie wolno płakać.

~*~
Ten wiersz jest opisany datą 10 marca 2011r. Wiem, że zainspirował mnie do niego pewien blog, ale który to już niestety nie pamiętam xD

XXX

Myślę, dumam, rozważam...
Co zrobić?
Jak postąpić?
Rozum się wysila,
ale w głowie tylko harmider myśli,
z których każda mówi inaczej.
Której posłuchać...?

Żadnej.
Nie myśleć,
poczuć.

~*~
Ostatnie dwa wiersze są najnowsze. Ten powstał dzisiaj ok. godziny 12 w nocy i spisany jak najszybciej.

Noc

Szum drzew, chłodny wiatr i świeże powietrze,
czego chcieć więcej?

Ciemne niebo jest okryte chmurami,
lecz zza czarnej zasłony przebija iskierka.
Jedna gwiazda
walczy o przetrwanie, chociaż nawet
Księżyca nie widać.
Osłabiona migocze,
pojawia się i znika.

Tymczasem pomarańczowe światło latarni
jakby drwi sobie z jej wysiłków,
rozjaśniając bez problemów mrok ulicy,
na której i tak nikogo nie ma.

Są tylko drzewa i wiatr
i dziewczyna siedząca w oknie.
Patrzy na świat zza siatki na owady
i marzy o nocy pod gołym niebem.

Wydawałoby się,
że czas stoi w miejscu,
że niczego innego nie ma na Ziemi,
jedynie szum drzew, chłodny wiatr i świeże powietrze.

I tylko w oddali
pędzą samochody.

~*~
Pomysł na ten zrodził się dosłownie chwilę po napisaniu Nocy. Niestety, leżałam już w łóżku i za nic nie miałam siły go spisać. Na szczęście dzisiaj nadal go pamiętałam i zapisałam zaraz po powrocie ze szkoły :D

Pytania egzystencjalne

Powiedz mi,
czy wierzysz...
w to, że Słowo ciałem się stało?
w te wszystkie cuda niestworzone?
w życie po śmierci?
w lepsze jutro?
w dobrych ludzi?
w bezinteresowność?
we wszystkie szczytne ideały?
w naukę?

A w siebie
czy wierzysz?

sobota, 25 maja 2013

Cykl Krótka historia: Huncwotów

Fandom: Harry Potter


Żyj tak, aby znajomym zrobiło się nudno, gdy umrzesz.
Julian Tuwim
- Pierwszy rok, to tutaj.
- Robimy wielkie wejście?
- Jasne!
Otworzyli z rozmachem drzwi i weszli do pokoju.
- Cześć. Jestem James Potter, a to Syriusz Black.
- Miło mi. Remus Lupin.
- Peter Pettigrew.
***
- Nudy - jęczał Black.
- Możesz się pouczyć - Remus podniósł wzrok znad książki.
- Żartujesz, tak?
- O to chodzi! - Krzyk okularnika.
- O co?
- Żart! Tej szkole przyda się trochę śmiechu.
- Co wy chcecie zrobić? A jak was złapią?
- Oj, Remi… A co nam mogą zrobić? Najwyżej wlepią nam szlaban. Przecież to tylko mały kawał pierwszoroczniaków. Tak na poprawę nastroju… Przecież nie będziemy robić tego codziennie…
***
- Powinniśmy się jakoś nazwać…
- Po co?
- No, jakąś grupę tworzymy, to może nazwa by się przydała…
- Hmm… Co powiecie na Kawalarze?
- Nie, to nie to. Łobuzy?
- No co ty… Jesteśmy łobuzami? - Spytał z niewinną minką.
- Racja… To musi być oryginalne, pasować do nas, ale nie obrażać. Remus, czytasz dużo książek, znasz jakieś takie słowo?
- Zdaje się, że gdzieś na coś takiego wpadłem. Jak to szło… Huncwot!
***
- Wiem jak pomóc Remusowi!
- Jak?
- Zostaniemy animagami!
- Że co?!
***
- Hogwapa!
- Co?
- Zróbmy specjalną mapę całego Hogwartu i nazwijmy ją Hogwapa!
- To może lepiej Mapa Huncwotów?
***
- Udało się!
- Czemu jestem jeleniem? - Usłyszeli naburmuszony głos chłopaka.
- No właśnie. Przecież powinieneś być łosiem. Aua! - Krzyknął, gdy dostał po głowie. - Za co?
***
Pełnia. Nigdy nie mieli zapomnieć tego uczucia. Patrzeć na cierpienie przyjaciela i nie móc mu pomóc…
***
- Nie rozumiem, jak możecie być tacy spokojni… Uczyliście się choć trochę?!
- Lunio, spokojnie. My to wszystko już umiemy.
- Przygotowalibyście się chociaż raz…
- Po co? To tylko egzaminy…
- Tylko egzaminy - prychnął. - To przecież sumy!
***
- Jak ten czas leci… Wydaje mi się, że jeszcze wczoraj planowaliśmy pierwszy kawał…
- Rogaś… A ciebie co nagle naszło z tymi wspomnieniami?
- A nie wiem… Może to przez te owutemy… Uświadomiłem sobie, że niedługo kończymy szkołę…
- Hej, przecież dalej będziemy Huncwotami, nie?
- No jasne!
***
- Panie, jestem Strażnikiem Tajemnicy Potterów…
- Wspaniale, Glizdogonie…
***
- Lily, bierz Harry’ego i uciekaj! To on! Idź! Uciekaj! Ja go zatrzymam…
- Avada Kedavra!
***
- No, dalej, postaraj się, przecież potrafisz!
Drugi promień trafił go w pierś.
***
Walczył z Dołohowem. Starał się.
- Avada Kedavra!
***
- Wiecie co… - Zaczął czarnowłosy.
- Co? - Spytał okularnik.
- Nudzę się…
- A to znaczy…
- O nie… Czy wy nie jesteście już na to za starzy? - Jęknął blondyn.
- Starzy? Huncwot nigdy się nie starzeje!
- Jeszcze cała wieczność… Mamy problem…
- Jacy my?
- Wszyscy tutaj…
- Chłopcy, o czym tak rozmawiacie? - Podeszła do nich kobieta z różowymi włosami.
- Oni chcą rozwalić zaświaty!

wtorek, 29 stycznia 2013

M - Parodia niesubordynowana, czyli co śmierciożercy robią po godzinach.

Fandom: Harry Potter

I myśmy z nimi były, Whisky „Etnę” piły,
A cośmy widziały i słyszały, na bloga umieściły.
Czyli baśń o tym, jak to ze śmierciożercami było.

— Słudzy moi! Pan wasz powrócił do swego ciała dawnego i znów jest w pełni sił! Pokłońcie się, gdyż jam jest Czarnym Panem, Potomkiem Salazara Slytherina, jam jest Lord Voldemort! — Burza oklasków wypełniła rezydencję starego rodu Malfoyów. — Kwestią czasu pozostaje, kiedy zdobędziemy władzę! Potter może i uciekł tym razem, ale jego reputacja legła w gruzach, gdy zjawił się w Hogwarcie z tym martwym śmieciem u boku. Bitwa może i przegrana, lecz wojna wciąż trwa, a my będziemy walczyć! Wczoraj ciało, jutro Hogwart, pojutrze Ministerstwo, a za tydzień cały świat!!! — wykrzykiwał z zapałem Czarny Pan. Krzyki poparcia oraz gromkie brawa rozległy się wzdłuż całego stołu. Nagle od strony Lucjusza Malfoya dobiegło uprzejme chrząknięcie. To było jedno z tych chrząknięć, po których cała uwaga publiki zwraca się na chrząkacza. Takie, po którym ma nastąpić mały sprzeciw, lub, co gorsza, wyrażenie własnego zdania. Niewielu ludzi odważyłoby się tak chrząknąć na zebraniu śmierciożerców. Bo oni zazwyczaj nie chrząkają. Ale teraz jeden z nich to zrobił. Chrząknął. I to nie byle jak chrząknął. Lucjusz Malfoy chrząknął znacząco. Lord Voldemort również odwrócił się do Pana-Patrzcie-Jak-Ładnie-Umiem-Chrząkać.
— Tak, Lucjuszu?
— No bo… ja się tak zastanawiałem… Czy gdzieś między Ministerstwem Magii a Całym Światem moglibyśmy wpaść do Mediolanu? Podobno w środę wychodzi tam najnowsza kolekcja płaszczy z cyklu „Magia Aksamitu”. To co, możemy? Proooooooooooooszę!
Tom powiercił się trochę na swoim krześle, uważnie przyjrzał paznokciom, których nie miał i niby to od niechcenia spytał:
— Nowa kolekcja „Magii Aksamitu”, mówisz? Hmm… no tak, tak… — Niespokojnie ruszał się na swoim krześle. — A nie wiesz może, czy będą mieli rozmiar 42?
Lucjusz już otwierał usta, aby odpowiedzieć na pytanie swojego pana i władcy, ale w tym momencie do rozmowy wtrącił się Avery:
— Właśnie, skoro już o modzie mowa… Chciałbym zauważyć, że moja maska nie pasuje mi do butów, a w ogóle to jej krój jest całkowicie passe.
— Jestem zmuszony poprzeć kolegę. — Snape swym monotonnym, grobowym głosem podjął temat. — Moja jest za mała. Wystają spod niej włosy — dodał.
— Poza tym, kto nosi teraz srebro i złoto? Hello, żyjemy w XXI wieku. — Avery prychnął i podjął paplaninę. — Wiadomo, że jeśli ludzie mają się nas bać, to muszą też nas szanować. A kto szanuje kogoś, kto ubiera się jak średniowieczny teletubiś? Powszechnie wiadomo, że teraz to łososiowy jest na topie.
Czarny Pan lekko się obruszył i stwierdził:
— Nie rozumiem, o co wam chodzi. Według mnie maski są bardzo gustowne, a złoto i srebro to wręcz królewskie kolory!
— Yaxley nie potrzebuje tych kolorów, żeby być dla mnie królem… — mruknął Malfoy pod nosem.
— Lucjuszu! — syknął wściekle Yaxley. — Wczorajsza noc miała zostać tylko między nami!
— W każdym razie uważam, że moja maska jest za mała — podsumował matowy wokal Severusa.
Peter ze zmarszczonymi brwiami niespokojnie wysłuchiwał dyskusji.
— Mój Panie, wybacz, że śmiem przerwać, lecz chyba odeszliśmy zanadto od naszego prawdziwego tematu…
— Zamilcz! — huknął nań Riddle, rozdrażniony kłótnią o maski. Zły krój, też coś. Projektował je całe noce. Wieczorami pod kołdrą wyciągał kolorowanki spod poduszki i się męczył, a ci niewdzięcznicy mówią, że one są zwyczajnie niemodne! Odwrócił lekko głowę i rąbkiem szaty otarł kącik oka. On po prostu myślał, że im się podobają, a przecież specjalnie kupił do tego oddzielne kredki! Pociągnął szparkami. I te wzory… przecież były ładne… Bo były! A oni… oni… Nie, uspokój się, Voldemort. Musisz być silny. Przecież przeżyłeś nawet śmierć, banda idiotów nie doprowadzi cię do płaczu… Bądź silny… Jeszcze raz cicho chlipnął w rękaw i odwrócił się do Pettigrewa: — Nie przerywaj swemu panu, szczurozębny śmieciu! — krzyknął. Gnębienie innych zawsze pomaga.
Nott zachylił się do Avery’ego.
— No wiesz, zębami chce nadrobić braki w krótkiej różdżce — szepnął na tyle głośno, by cały stół go usłyszał. Śmierciożercy wybuchli śmiechem, a omawiany zaczerwienił się i skulił w sobie. Czarny Pan starał się nie zaśmiać się na oczach swoich sług. Przecież gdyby to zrobił, straciłby tytuł Czarnego i pozostałby tylko Panem!
— Gdybyście wiedzieli, jak długą i sprawną różdżkę ma Lucjusz… — wymruczał Yaxley, patrząc na Malfoya.
— Nadal uważam, że mam zbyt małą maskę.
— Hah, nie uwierzycie, co się dzieje na Nokturnie w sobotnie wieczory. — Nott zarechotał znacząco i puścił oko do kompanów, którzy odpowiedzieli chichotem. — Gdzie się nie obejrzysz kobiety. Jedne z kryształowymi kulami, inne z długimi różdżkami. A koło Borgina i Burkesa są duże zniżki. — Poruszył znacząco brwiami.
— Tak… — mruknął Dołohow. — A w najciemniejszych zakątkach można kupić naprawdę ciekawe eliksiry — dodał i z szaleńczym błyskiem w oku wyjął z fałd szaty butelkę, którą postawił na stole. — Whisky „Etna” — powiedział z dumą. — Eksperymentalna!
Śmierciożercy zagwizdali z podziwem. Nott chciwie wyciągnął swoje wielkie łapsko w stronę „Etny”, ale szybko została ona sprzątnięta sprzed jego nosa.
— To nie czas na picie, Nott. — warknął Tom Riddle i przybrał bardziej oficjalny ton. — A teraz wysłuchajmy relacji Herberta. — Podwładni spojrzeli na niego ze zdumieniem. Że niby kogo?
Widząc tępe spojrzenia kolegów, Voldek westchnął.
— To nasz szpieg w Ministerstwie. Jesteś tutaj, Herbercie? — wychylił się, patrząc na koniec stołu.
— Jestem — rozległ się pisk, bo głosem nie da się tego nazwać. Wątły chłopaczek o rzadkich, rudych (informacja niepotwierdzona z powodu opłakanego stanu opisywanego elementu) włosach i szarych oczach zaczął mówić.
— Cóż, w Ministerstwie jest beznadziejnie. Wszyscy próbują zaprzeczyć temu, iż zmartwychwstałeś, Panie. W dodatku magiczne drukarki się zepsuły. Musimy teraz używać mugolskich… Ostatnio nawet zaciąłem się kartką. — Na potwierdzenie wystawił w górę palec z naklejonym plasterkiem. Ładnym plasterkiem. Takim w szczeniaczki.
Śmierciożercy pokiwali ze współczuciem głową. Zachęcony Herbert kontynuował zażalenia:
— A do tego wszyscy na mnie krzyczą. „Ej, Herbert, zrób to!”, „Hej, Herbert, zrób tamto!” albo „Herbert, idioto, włazisz nie do tego sedesu!” — rozkręcił się na dobre. — Wiecie, jak się wtedy czuję? Jest mi… jest… Jest mi smutno! Czuję się taki niedoceniony! Wszyscy mną pomiatają! Ja też mam uczucia, wiecie? — Chlipnął cicho, a pozostali ze zrozumieniem przyglądali się młodzieńcowi. To takie smutne. — Nikt nie traktuje mnie poważnie. A przecież każdy popełnia błędy! Pomylenie słodzika do kawy ministra i kwasu żrącego przecież każdemu może się zdarzyć! — Herbert zaczął cicho szlochać, a śmierciożercy patrzyli nań ze współczuciem. — Życie jest takie niesprawiedliwe! — zakończył dramatycznie.
— Biedaku… — Siedzący obok Herberta Mulciber klepał go pocieszycielsko po ramieniu, ocierając kąciki oczu. Wyciągnął różdżkę, wyczarował kieliszek, sięgnął po nadal stojącą na stole „Etnę” i nalał jej trochę do naczynia. — Masz, pomoże… — Podał chłopakowi szklaneczkę. Młodzieniec przyjął dar bez słowa i wypił jednym haustem. Przez chwilę siedział w bezruchu, ale nagle jego twarz przybrała kolor czerwieni, której pozazdrościliby mu nawet sami Weasleyowie, z nosa zaczęła wydobywać mu się para, oczy łzawiły, a bliżej siedzącym wydawało się nawet, że widzą niewielkie iskierki strzelające z uszu.  On sam czuł, jakby w jego gardle znajdowało się serce wulkanu gotowego do erupcji. Iskry z narządu słuchu bynajmniej nie były złudzeniem optycznym, przybrały na sile i już każdy przy stole mógł je dostrzec. Chłopak wstał gwałtownie od stołu i pobiegł do wyjścia, a z zza uchylonych drzwi można było zobaczyć, że kieruje się do łazienki. Po chwili w cichej sali dało się słyszeć szum wody i kilka chluśnięć a później syk towarzyszący gaszonym płomieniom. Wszyscy skierowali swój wzrok na Dołohowa.
— No co? — zapytał pod ostrzałem spojrzeń. — Mówiłem, że eksperymentalna. — Wzruszył ramionami.
Voldemort, który całego zajścia zdarzał się nie zauważać, obracał w kościstych palcach jedną z masek. Była ładna. Ba! Była piękna. Miała ładny kształt, tajemnicze otwory na oczy i naprawdę dobre inkrustacje. Nie było nic do zarzucenia. Kolor był wręcz wyśmienity! Niejednoznaczny oraz dostojny. Ale nie! Bo oni chcieli ŁOSOSIOWY! Co to w ogóle jest? Chodzi o to wielkie bydle z Kanady? Takie z rogami i tak dalej?
— Wiesz ty co, Dołohow… — Avery przyjrzał się Whisky dogłębnie. — Skoro eksperymentalna to może chociaż nie będzie kaca?
Te słowa znów skierowały spojrzenia na małą buteleczkę, która nagle stała się niezwykle pociągająca… Taka mocna, a brak przykrych konsekwencji… No cóż…
Potrzeba nam więcej szklanek.
***
Butelka została opróżniona zaledwie do połowy, a wśród śmierciożerców już zapanowała wesoła atmosfera. Całe napięcie związane z obecnością Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać poszło w niepamięć, a Pan Niewymawiany, który także skorzystał z zaoferowanego kieliszka, nie zwracał zbytniej uwagi na jawny brak szacunku względem jego osoby. Ba! Wydawał się być równie rozluźniony co jego słudzy! Widząc dobry humor swojego pana, Avery skierował swoje kroki ku niemu, uprzednio pociągając jeszcze jednego łyka z kieliszka dla odwagi.
Szeptał coś do niego tak cicho, że nikt oprócz rozmówcy nie mógł go usłyszeć. Jednak na nic zdały się próby zachowania sprawy w tajemnicy, gdyż po chwili Voldemort wybuchł:
— NIE! Nie, nie, nie! — Jego ton, ku zdumieniu kolegów po fachu, pełen był… rozpaczy. — Nie zgadzam się! — wrzeszczał histerycznie. — Nie będzie łosiowatych masek! Nie, nie, nie! — Zaczął gniewnie tupać, choć słychać było, jak powstrzymuje się od płaczu. Cóż, alkohol często prowadzi do wylewności. — Robiłem je tygodniami! Męczyłem się i męczyłem! Nie macie pojęcia, jak to jest, mieć  paluszki umazane kredkami! Nie wiecie, jak ciężko nie wyjść za linię, kiedy się koloruje! A może wiecie? NIE! Bo to nie wy robiliście te maski! A ja tak! Rezygnowałem dla was z dobranocki, wycinałem różdżką kółeczka! I jaki jest rezultat? Narzekania! Nikt nawet nie podziękował, nikt nie wspomniał „Och, Voldi, to naprawdę urocza maska, idealna dla kolesi noszących mroczne kaptury”. Nie, było tylko narzekanie, narzekanie i narzekanie! — Z jego czerwonych… nazwijmy to oczami… wytrysnęły łzy. — Dobrze! Niech będzie! Zróbcie sobie nowe maski! ALE SAMI!!! — Głośno wydmuchał nos w szatę Avery’ego. Śmierciożercy, delikatnie mówiąc, poczuli się głupio. Widząc, że nikt nie kwapi się do pocieszenia Toma, Nott niepewnie wstał i poklepał Łzawego Pana po ramieniu.
— Ej, Voldi… — zaczął niezręcznie i zamilkł. — Wiesz… my nie wiedzieliśmy… no i tak… — Spojrzał jeszcze raz na Pana, Którego Nie Wolno Krytykować. — A może tak rzucisz w kogoś Cruciatusem? Ulżysz sobie… — zachęcił po czym odskoczył jak najdalej od Riddle’a. Jeszcze skorzysta z propozycji.
Akurat w tej chwili zobaczyli Herberta, któremu udało się zachować część przełyku… Wszyscy spojrzeli na niego z czymś w rodzaju oczekiwania. Ten, Któremu Właśnie Zaproponowano Rzucenie Cruciatusa też skierował swój wzrok na nowo przybyłego. Przechylił swoją łysą głowę na bok, jakby się nad czymś zastanawiał, spojrzał na swój kieliszek, wzruszył ramionami i wziął łyka, ignorując zdziwione spojrzenia śmierciożerców. I wtedy jego słudzy zrozumieli, że jest on NAPRAWDĘ pijany.
Schlany W Trupa Pan melancholijnie machnął różdżką nad do połowy pustą… do połowy pełną… no, wiecie o co mi chodzi, czarką. Czy gdyby pił z naczynia Helgi Huffelpuff, zarżnął by się podwójnie? Jednocześnie dostarczając alkohol do horkruksa, mógłby osiągnąć ciekawe rezultaty…
— Wiecie… zaklęcie jest jak kobieta — zaczął zachrypniętym głosem, wciąż wpatrując się w Whisky. — Myślisz, że ją opanowałeś. Posiadłeś. Zdaje ci się, że masz ją w swym władaniu, że będzie cię słuchać. Wykorzystujesz ją bezproblemowo za każdym razem, a ona udaje, iż jest ci wierna. I kiedy już jej ufasz, wierzysz, że ona jedna cię nie zawiedzie!... — mówił coraz szybciej, głośniej. Z rezygnacją, melancholią. Jak zawodowy aktor. Nie zwracał uwagi na nikogo innego. Ani na kamienną twarz Snape’a, ani na rudą głowę Herberta. Ani na Lucjusza z Yaxleyem, którzy gdzieś między dwudziestym ósmym a trzydziestym pierwszym kieliszkiem tajemniczo zniknęli pod stołem… — I wtedy ona odbija całe uczucie, jakim ją darzyłeś, całą tą… nienawiść z miłością i uderza z pełną mocą! Zostawia cię samego, z dosłownie złamanym sercem, zamyka w głupim zeszycie! — Voldi zaczął wrzeszczeć, co nie było w zasadzie niespodzianką. Najciekawsze, że robił to, jednocześnie płacząc. Niewielu ludzi potrafi wrzeszczeć, łkając. Czasem prowadzi to nawet do śmierci. Rozumiecie sami, gdy się wrzeszczy, otwiera się usta, a łzy lecą i mogą się do nich dostać. Tak, tak, wielu już zginęło, dławiąc się tym słonym cholerstwem. Dlatego właśnie lepiej jest wrzeszczeć z zamkniętymi ustami. Tak dla bezpieczeństwa.
Mimo wszystko, Tom usta otworzył i przeżył. Znowu.
— Wiecie, jak to jest być pokonanym przez głupiego bachora? TO BYŁO NIEMOWLĘ!!! Rozumiecie, jak mi to niszczy reputację?
Śmierciożercy spojrzeli po sobie, jakby chcąc wymienić między sobą swoje myśli. Avery miał minę pod tytułem Pocieszamy czy mówimy prawdę? Nott spojrzał na Voldemorta wzrokiem Może jest dość pijany…? Mulciber za to przygryzł wargę w geście Ja się go mimo wszystko boję… Dołohow zerknął niepewnie na kieliszek Załamanego Pana Nie wydawał się chętny do rzucania Crucio… Za to skrzywienie Snape’a cały czas dawało jasno do zrozumienia Moja maska jest za mała. W końcu doszli do porozumienia i spojrzeli na siebie ze zdecydowanym Pocieszamy. Trwało to jedynie pół sekundy. Wiecie, zakaz komentowania czegokolwiek w jakikolwiek sposób pod groźbą Cruciatusa sprawia, że ludzie do perfekcji opanowują  niewerbalny sposób porozumiewania się. Jak widać takich rzeczy się nie zapomina i nawet po trzynastu latach „zwolnienia” ze służby potrafili bezbłędnie odczytywać mimikę swoich twarzy.
— Panie — zaczął Avery — nie przejmuj się. Nadal jesteś postrachem czarodziejskiego świata.
— Tak, tak — poparł go szybko Nott. — Do tej pory nikt nie jest na tyle głupi, by wymawiać twoje imię.
— Wszyscy drżą ze strachu na samą myśl, że mógłbyś powrócić — dodał Dołohow.
— Naprawdę tak myślisz? — chlipnął z nadzieją w… no, tym takim czerwonym.
— Zdecydowanie — w lot podjął Avery. — A maski są bardzo ładne. Wiesz, takie… oldschoolowe…
— I za małe — dodał Snape.
— Nikt tak dobrze nie rzuca Niewybaczalnymi — wrócił na właściwy tor Nott. — W życiu nie widziałem takiego profesjonalizmu przy Avadzie.
— No cóż, to kwestia nadgarstka — odparł dumnie Ten, Który Nie Może Dotykać Alkoholu. — Zobacz, o tak. — Coś zielonego pstryknęło Huberta w nos, a ten stoczył się bezwładnie pod stół, skąd dobiegły oburzone okrzyki Yaxleya. Tom zmarszczył… skórę nad oczyma i schylił się, zaglądając pod blat.
— Malfoy, mój drogi, wydaje mi się, że twoje życie… intymne nie przystoi komuś tak wysoko postawionemu.
Głowa o srebrnych włosach lekko wychyliła się na powierzchnię i z pewną rezygnacją oznajmiła:
— Mój Panie, to jeszcze nic. Krążą pogłoski, że mój syn chodzi z jabłkiem.
*kolejnych kilka… naście kieliszków później*
Większa część śmierciżej… śmirćżej… ś-ś-śmiecio… tych w mrocznych szatach leżała na, pod lub, co najciekawsze, w stole, zarżnięta w trupa. Gdzieś spod mebla dobiegały pojedyncze wersy znanej, tawernowej piosnki „I znów dostałem gównem hipogryfa”, mocno z resztą okaleczonej przez fałsz Yaxleya:
O mój luuuuuuuuuuuuuuubyyyyyy!
Uratuj mię od zguuuuuuuuuuubyyyyyy!
Hipogryf leeeeeeciiiii!
Gówno po raz trzeeeeeeeeciiiiii!!!!
Armia Voldemorta była zbiorem ludzi o mocnych głowach. Lub, ewentualnie, mocnych charakterach. Jedyną siedzącą obecnie prosto personą zdawał się być Severus, który z niesmakiem oglądał swą zbyt małą maskę. Możecie mi wierzyć lub nie, ale takie rzeczy to NAPRAWDĘ spory problem. Twoi znajomi skutecznie doprowadzają ludzi do omdlenia, a ty tylko martwisz się, czy włosy nie wystają ci spod maski. Takie rzeczy istotnie obniżają samoocenę.
Właściwie… Czy Snape w ogóle pił? Bo siedział naprawę podejrzanie prosto. Oprócz niego jedynymi przytomnymi (tylko pod względem fizycznym, ich psychika już nie wiedziała, co się dzieje) osobami przy stole był Schlany W Trzy Dupy Pan obejmujący ramieniem nie bardziej trzeźwego Avery’ego, który śpiewał smętną balladę o ciężkiej doli śmierciożercy.
A wszystko te czerwone oczy
Gdybym ja je miał…
Za te krwawe, cudne oczęta
Serce, różdżkę bym dał!
Voldemort bujał się w rytm melodii z półprzymkniętymi oczami. Trzeba dodać, że owa ballada w połączeniu z okaleczonymi jękami Yaxleya nie była miodem dla uszu. Nagle Tom odezwał się pijackim głosem:
— I ja jej to wy… hik! wyznałem! I wiesz, co ona na to? Od… hik! odrzuciła mnie! To mi złamało serce!
Avery doskonale zrozumiał, jak czuł się jego pan i już po chwili razem śpiewali:
Hej, hej, hej, testrale,
Omijajcie hogwarckie mądrale!
— Dalej, Severusie, przyłącz się! — krzyknął wesoło Avery i razem z Voldkiem zawył:
Śpiewaj, śpiewaj, śpiewaj, Sevciu
Nasz stepowy kochaneczku!
Severus jedynie skrzywił się nieznacznie i z wyniosłą miną odparł krótko:
— Nie da się śpiewać w za małej masce.
***
Kolejna część nocy to jej brak, gdyż słońce leniwie wypełzło zza horyzontu, usadowiło się na niebie, a że nadal czuło się niewyspane, pozwoliło chmurom rozwlec swe kotary nad czarodziejską ziemią. Żony, córki, siostry, kochanki bądź troskliwe babcie teleportowały śmierciożerców do domu. Niestety, jak się później okazało, eksperymentalność „Etny” bynajmniej nie polegała na późniejszym braku kaca. Jej jedyną właściwością był fakt, iż na takową przypadłość nie działał już tradycyjny lek. Bądź co bądź, wszystko wróciło do normy. No, prawie. Dołohow poszedł na lincz ze strony kompanów, ale to nadal nie odchodziło od codzienności. Zakończenie, mimo wszystko, też nie jest zaskakujące. Bo dlaczegóż by miało? Bądź co bądź, to był jedynie zwykły dzień z życia śmierciożerców…
~*~
Oto jest! Z inicjatywą wyszła Piegowata i był to całkowicie jej pomysł. Ja dorzuciłam tylko kilka tekstów, ale za to wyżej dziękujcie tej drugiej, nie mi xD
Jestem zmęczona, musiałam dzisiaj wstać o 6 rano (W FERIE!!!) i nie wiem, co mogę jeszcze pisać, więc…
Do napisania! :D

poniedziałek, 31 grudnia 2012

M - Reparo

Fandom: Harry Potter

Tak wiele można zepsuć, a tak niewiele naprawić…
internetowa.33

                TRZASK! W domu rozległ się dźwięk tłuczonego szkła. Brązowowłosa kobieta zaalarmowana hałasem wpadła do salonu, na środku którego siedziała dwuletnia dziewczynka z porozrzucanymi wokół niej kawałkami dawnego wazonu. Jakimś cudem ona sama nie miała ani jednego zadrapania. W rączce trzymała serwetkę, na której jeszcze chwilę temu spoczywało teraz potłuczone naczynie, i patrzyła wielkimi oczami na matkę. Kobieta westchnęła i oparła ręce na biodrach.
                — Masz destrukcyjną naturę, co?
                Dziewczynka w odpowiedzi zaśmiała się i zaklaskała w rączki. Jej włosy zaczęły mienić się wszystkimi kolorami tęczy. Brunetka pokręciła głową, wyjęła różdżkę i mruknęła:
                — Reparo.
                Dwulatka patrzyła urzeczona jak odłamki szkła z powrotem łączą się w wazon, który po chwili wrócił na swoje miejsce. Dziecko spojrzało na swoją mamę i ponownie wesoło zaklaskało w rączki.
***
                 TRZASK!
                — Nimfadoro, możesz wreszcie przestać wszystko tłuc?! — Kobieta zmierzyła pięciolatkę groźnym spojrzeniem ciemnych oczu.
                — Ne. — Dziewczynka pokręciła główką uśmiechnięta. — Naplaw.
                Andromeda stłumiła śmiech, po czym skierowała różdżkę na potłuczoną szklankę, mówiąc dźwięcznie:
                — Reparo.
***
                Siedziała w bibliotece i pisała swoją pierwszą hogwarcką pracę domową. No… Próbowała. Znaczy… Stwarzała pozory, że próbuje… Dobra, próbowała stwarzać pozory. Bujała się na krześle, patrząc bezmyślnie na grzbiety książek leżących na półce przed nią.
                TRZASK!
                Upadła na podłogę i spojrzała na połamaną nogę krzesła, mrugając zaskoczona oczami. Lekko otumaniona pomyślała, że pani Pince prawdopodobnie właśnie szła sprawdzić, co zakłóciło święty spokój i ciszę jej królestwa. Wizja wrzeszczącej na nią bibliotekarki natychmiast otrzeźwiła jej umysł. Wiedziała, jakiego zaklęcia użyć. Tyle razy widziała, jak rzucają je jej rodzice! Wycelowała różdżką w mebel i powiedziała cicho, niepewnie:
                — Reparo…
                Krzesło wróciło do poprzedniego stanu, a ona usiadła przy swoim zadaniu, udając, że nic nie wie o źródle nagłego hałasu. Nie mogła jednak powstrzymać wkradającego się na jej usta uśmiechu i jaskrawożółtego koloru ogarniającego włosy.
***
                Delikatnie zapukała do drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Z wahaniem nacisnęła klamkę i wychyliła się zza lekko uchylonych drzwi.
                — Halo? — spytała niepewnie. — Profesorze Dumbledore? — Cisza. Otworzyła szerzej drzwi i weszła do pomieszczenia. Rozejrzała się. Gabinet był pusty. Zastanawiała się, co ma zrobić. Skoro właściciela nie było w pokoju, powinna wyjść… Ale przecież ją wzywał, więc może zaraz przyjdzie? Postanowiła poczekać, aż dyrektor wróci. Rozejrzała się po kolistym pokoju, zastanawiając się, ile czasu zajmie profesorowi… cokolwiek tam robił… Na stolikach były poustawiane dziwne srebrne instrumenty. Jedne terkotały, z innych wydobywały się smużki dymu. Zaciekawiona podeszła do stolika, żeby przyjrzeć się im bliżej. Wyciągnęła rękę i dotknęła jednego z nich. Nic się nie stało. Ośmielona tym wzięła go w dłoń i uniosła na wysokość wzroku. Jednak palce tak jej się trzęsły, że wypuściła przedmiot, który z cichym brzękiem rozbił się na kawałki na podłodze.
                — No nie! Czemu zawsze ja?! — Uklękła, zastanawiając się w panice, co ma zrobić. Nagle spłynęło na nią olśnienie. Była czarownicą czy nie? Wyciągnęła różdżkę i drżącym głosem wypowiedziała inkantację: — Reparo. — Kawałki srebra zebrały się w całość i już po chwili na dywanie stał terkoczący instrument. Ostrożnie wzięła go w obie ręce i powoli postawiła z powrotem na stoliku. Odetchnęła z ulgą i usiadła na krześle z daleka od wszelkich delikatnych przedmiotów.
***
                Denerwowała się. Szykowała się dobre dwie godziny. To wszystko przez włosy. Cokolwiek by nie zrobiła, one żyły swoim życiem, zdradzając jej uczucia. Przekleństwo metamorfomaga. W końcu zrezygnowała z bezsensownych prób opanowania niesfornej fryzury i ruszyła w stronę sali wejściowej. Już tam stał. Widząc go, uśmiechnęła się, pomachała mu i przyspieszyła kroku. Nie zauważyła nierówności w podłodze i przewróciła się, zahaczając o nią butem. W rozpaczliwej próbie uchronienia się przed upadkiem złapała stojącą nieopodal zbroję, co jednak tylko sprawiło, że przewróciła się razem z nią. Wszystkiemu towarzyszył dźwięczny i melodyjny huk. Usłyszała przyspieszone kroki, a po chwili ktoś kucający obok niej spytał:
                — Wszystko w porządku?
                — Ktoś zepsuł podłogę — wymamrotała z twarzą wciąż wtuloną w kafelki. Odpowiedział jej wesoły śmiech, a po chwili silne ramię pomogło jej się podnieść.
                — Wypadałoby to naprawić, nie uważasz? — wskazał z uśmiechem na porozrzucaną zbroję.
                — Chyba tak… — Nastąpiła chwila ciszy. Chrząknęła, skierowała różdżkę w kupę złomu i mruknęła pod nosem: — Reparo. — Zbroja złożyła się w całość i stanęła na swoim miejscu. Przystojny brunet z uśmiechem wziął ją za rękę i poprowadził do wyjścia z zamku, ona jednak skupiała się na karceniu siebie samej.
                Ty idiotko, co ty myślałaś? Że naprawi to za ciebie? Dobre sobie, obudź się, takich facetów nie ma!
***
                Wpadła zmarznięta do Kwatery Głównej. Strzepała śnieg z czapki i wsadziła ją do rękawa kurtki, którą powiesiła na wieszaku przy drzwiach. Przeszła do jadalni, szerokim łukiem omijając ten okropny stojak na parasole w kształcie nogi trolla. Przy stole siedział tylko poznaczony bliznami blondyn, który uśmiechnął się do niej, gdy weszła. Odpowiedziała mu tym samym.
                — Cześć, Remusie. Nikogo jeszcze nie ma?
                Pokręcił głową.
                — Nie. Jesteśmy pierwsi.
                Zadrżała.
                — Zmarzłam. Co powiesz na gorącą czekoladę?
                — Z miłą chęcią. — Jego uśmiech prawie zwalił ją z nóg. Szybko poszła do kuchni, żeby nie zobaczył jej czerwonych włosów. Kiedy już się uspokoiła i przywróciła na głowę stary dobry róż gumy balonowej, wzięła się za robienie czekolady. Weszła do jadalni z dwoma kubkami w dłoniach. Nie zauważyła jednak zawiniętego dywanu i już po chwili ona razem z parującą zawartością naczyń i odłamkami porcelany znalazła się na podłodze. Na oczy opadł jej kosmyk włosów, który w zastraszającym tempie robił się ognistoczerwony. Przeklęte kłaki!
                Właśnie mruczała pod nosem swój plan zgolenia się na łyso, kiedy ktoś ze śmiechem pomógł jej się podnieść na nogi.
                — Nie rób tego, zdecydowanie bardziej wolę cię z włosami niż bez nich. — Dobrze, że nie istnieje już bardziej czerwony kolor. — Trzeba by to posprzątać, co? — Pokiwała głową i już sięgała po różdżkę, ale on ją ubiegł, wyjmując swoją i mrucząc pod nosem Reparo. Kubki stanęły całe na podłodze w całej swojej okazałości, a czekolada zniknęła po cichym Chłoszczyć. — Usiądź, teraz ja zrobię coś do picia. — Mrugnął do niej, wziął kubki i poszedł do kuchni, co dało jej czas na przypomnienie sobie, jak się oddycha.
***
                TRZASK! Dom wypełnił śmiech dziecka. Kobieta z różowymi włosami wpadła do pokoju i podeszła do kołyski.
                — Teddy, ty mały łobuzie. — Pokręciła z uśmiechem głową. Po chwili poczuła jak ktoś obejmuje ją od tyłu.
                — Co zrobił? — mruknął, całując jej szyję.
                — Złamał grzechotkę. Znowu. — Zaśmiała się.
                — Oj, no to trzeba to naprawić. — Skierował różdżkę w stronę dwóch kawałków i powiedział cicho: — Reparo.
                W pokoju dało się usłyszeć wesoły śmiech dziecka i głośne cmoknięcie w policzek.
~*~
Cóż, ostatnie dwa akapity skomentuję jednym słowem: REMUDORA! Muhaha, nic tylko szczerzę się do monitora. To moja naturalna reakcja na to słowo. No bo czyż ono nie jest śmieszne? I kojarzy mi się z Teodorą xD
Jeszcze co do miniaturki to pragnę podziękować @leukneys za pomysł na scenę w gabinecie dyrektora :D Co prawda dołożyło mi to trochę pracy z wyszukiwaniem przedmiotów, które można tam zepsuć, co chyba zajęło mi więcej niż samo pisanie miniaturki xD
A… Bo mnie też tak trochę dawno nie było… Ale wybaczcie mi to! Ja już taka jestem! Trzeba się z tym pogodzić… Ale i tak mnie kochacie, prawda? Prawda…?
A z okazji tego, że do północy zostało nam 10 minut, życzę Wam  zgodnie z tradycją szczęśliwego Nowego Roku oraz, trochę odchodząc od tradycyjnych życzeń, wspaniałego pokazu sztucznych ogni od bliźniaków. I żebyście, dziewczyny, znalazły takich facetów, którzy będą wiedzieli, kiedy rzucić za Was Reparo, a chłopaki, żebyście takimi facetami byli! :D
EDIT 01.01.2013
Założyłam nowe gg, z którego już poinformowałam was o dzisiejszej (właściwie to już wczorajszej xD) notce, od teraz to z niego będę wysyłała wszelkie informacje i proszę też, żebyście swoje wysyłali też właśnie na ten.
Osoby, które nie są informowane, w związku z czym do nich nie napisałam, znajdą nowy numer w zakładce "O mnie" ;D
Amen, dziękuję, idźcie świętować ^.^