Aktualności

06.01.2018r.
Wciąż żyję.
Szok. Ta, wiem.
Oxymora
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą własne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 grudnia 2015

W - Otrzeć łzy

Hej...
Czemu płaczesz?

Chcę zapytać, ale
nie umiem pocieszać.
Może usiądę obok i pobędę
milcząco.

Przytulę cię i łzy otrę
rękawem.
Tylko proszę, nie każ mi
dobierać słów.
~*~
Uh, także, no, tego...
Hej, nadal żyję!
Od dawna nie udało mi się napisać żadnej miniaturki i to boli jak dziura po wyrwanym zębie. Przychodziło do mnie pojedyncze pomysły, ale w żaden sposób nie udało mi się ich rozwinąć, więc wciąż tkwię w takim impasie. Ostatnio zastanawiałam się, czy nie spróbować ze zmianą gatunku/tematyki - kiedyś w gimnazjum dostałam ciekawy temat na wypracowanie i w sumie mogłabym to rozwinąć, więc zobaczymy.
I tak jak już napisałam w Aktualnościach - anulowałam opcję powiadamiania, bo raczej nie ma to sensu.

poniedziałek, 23 lutego 2015

W - Pomysły

W większości, pomysły są bardzo nieśmiałe.
Najpierw siedzą cichutko na obrzeżach świadomości
I czekają, aż wpuszczę je dalej.

Albo zakradają się do mnie na paluszkach
W nocy, gdy już światło zgaszone,
A ja nie mam siły, żeby je chwytać.

Rozwijają się też pomału
Wolno, niepewnie, jakby bały się,
Że je odrzucę.

Niektóre z czasem nabierają odwagi
Nachodzą mnie ciągle i mówią coraz głośniej,
Aż pochłaniają mnie bez reszty.


W większości, pomysły są bardzo nieśmiałe
I choć ciężko je znaleźć, gdy chowają się po kątach,
To warto szukać.

~*~
Ostatnio w ogóle nie mam weny na dłuższe teksty ani prozę. No i głupio mi, że tak rzadko coś tu dodaję, więc, gdy wczoraj o pierwszej w nocy ten pomysł do mnie przyszedł, przezwyciężyłam siłę bezwładności łóżka i to zapisałam xD

piątek, 12 grudnia 2014

M - Strych

Niczego z góry nie zakładam, więc mój świat jest wciąż pełen magii i wszystko może się w nim zdarzyć.
Amy Tan

                Drobinki kurzu tańczyły w złotych promieniach wpadających przez okno. Siedziałam na podłodze, oparta o ścianę, przyglądając się ich chaotycznym ruchom i wdychając delikatną woń starości charakterystyczną dla strychu. Powiodłam wzrokiem za jednym z większych pyłków, który leniwie przepływał obok starych mebli, licznych skrzyń i półek zastawionych różnymi bibelotami. Zwróciłam uwagę na jedno ze stojących tam pudeł i uśmiechnęłam się pod nosem. Już dawno nie myślałam o jego zawartości, może czas odświeżyć pamięć…?
                Podniosłam się dość niechętnie z miejsca i sięgnęłam ręką po stojący na regale karton, który postawiłam na starej drewnianej toaletce. Usiadłam na przysuniętym przez siebie stołku i zdjęłam wieko, ukazując zapomniane wnętrze. Znowu się uśmiechnęłam, widząc znajome okładki i biorąc pierwszy z zeszytów w dłoń. Przekartkowałam go powoli, delikatnie gładząc palcami strony i wspominając spisane historie. Na niektórych zatrzymywałam się i zaczynałam czytać, czując ogarniającą mnie melancholię.
                Dawno nie pisałam… stwierdziłam, odchylając głowę w tył i pozwalając letniej bryzie, która wpadła przez otwarte okno, owiać moją twarz. Przymknęłam oczy i pozwoliłam pamięci odkopywać inne opowiadania, i te zapisane w pozostałych zeszytach, i te siedzące tylko w mojej głowie. Myślałam o tych, które pozostawiały wiele do życzenia, jak i o tych, które nadal mi się podobały, o błędach i perełkach, z których byłam dumna. Na nowo przeżywałam siedzenie na parapecie w nocy i pisanie przy mdłym świetle latarni oraz bujanie się w hamaku zawieszonym między dwoma sosnami na campingu.
                Nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy przestałam być pisarką. Nadal się za nią uważałam, a fakt, że nie stworzyłam nic nowego od kilku lat, traktowałam jak zwykłą blokadę twórczą, czekając aż przejdzie. Ciągle nie było czasu, pomysłów czy chęci, bardziej skupiałam się na szkole albo chłonięciu historii bardziej niż na ich tworzeniu.
                Żadnego z ostatnio zaczynanych przeze mnie tekstów nie udało mi się skończyć. Co się stało? Kiedyś pisanie było łatwe, przyjemne — siadałam i wstawałam dopiero, gdy postawiłam ostatnią kropkę. Gdy teraz wspominałam swoje niedawne próby tworzenia, myślałam o krzywieniu się, gdy fabuła nie dawała się opisać i nie chciała iść dalej, o ciągłych poprawkach i wracaniu do początku. Może za bardzo się staram…?
                Westchnęłam i znów spojrzałam na pyłki kurzu tańczące w słońcu jak jakieś małe wróżki i machinalnie zaczęłam układać w głowie słowa. Kiedy przypadkowo powstał zarys pierwszego akapitu, spojrzałam na leżący na moich kolanach zeszyt. W kieszeni miałam długopis, który zapomniałam schować do piórnika, wychodząc ze szkoły.

                Uśmiechnęłam się do siebie, otworzyłam notatnik na pustej stronie i zaczęłam pisać.

~*~
Ostatnio jakoś czuję coraz mniejszą potrzebę wyjaśniania czy komentowania jakichś spraw pod moimi tekstami (bo w sumie ostatnio tych tekstów nie ma). A może to tylko w tym przypadku? Bo myślę, że akurat ta miniaturka mówi sama za siebie.
Co najwyżej niejasny może być dobór cytatu, ale, szczerze, nie chce mi się tego tłumaczyć, kto zrozumie, ten zrozumie, niech każdy odbierze to na swój sposób.

sobota, 11 października 2014

D - Empata

                Najpierw poczuł pustkę. Dziwny ciężar opadający na serce, kompletną rezygnację połączoną z jakimś osobliwym rodzajem rozpaczy. Takim, który chwyta za gardło, tworzy poczucie łez zbierających się gdzieś w głębi oczu, ale mimo wszystko przytłumionym, niezdolnym do opanowania człowieka bez reszty. Jak prolog do znanego już dramatu, mętne wspomnienie dawnych smutków.
                Później usłyszał głos, w kółko to samo zdanie.
                Nie byłam gotowa… Nie byłam gotowa… Nie byłam…
                Na początku brzmiało jak szept, nienarzucający się, w sumie nie do końca jeszcze świadomy swojego znaczenia. Później zaczęło nabierać emocji — najpierw niedowierzanie, zdezorientowanie, przez melancholię, by skończyć jako głośny, pełen wyrzutu szloch.
                Nie byłam gotowa!
                Dobra, wystarczy. Wszedł do sąsiedniego pokoju, gdzie zastał dziewczynę skuloną na łóżku z pustym wzrokiem wbitym w ścianę. Niedaleko krawędzi mebla, tak, że nastolatka była zwrócona do niej plecami, leżała książka.

                — Było jeszcze tyle stron… — mruknęła w przestrzeń. — Skończyła się pięćdziesiąt stron wcześniej… A następnego tomu jeszcze nie wydali…

~*~
Tak, cóż, wczoraj skończyłam Dom Hadesa. Szczerze, nie wiem, jak wielki jest mój fart, że Krew Olimpu wychodzi już za niecałe dwa tygodnie. Nie wyobrażam sobie, żebym musiała czekać kilka miesięcy.
A co do samego drabble'a...
Ma 150 słów, więc to raczej 1,5 drabble, ale nic tam.
W każdym razie delikatnie to chyba zahacza o fantastykę, bo o ile empaci istnieją, to raczej nie czują aż tak dokładnie, a tym bardziej nie czytają myśli. Ja przyjęłam, że narrator ma za sobą trochę ćwiczeń, dzięki którym odbiera aż takie bodźce. Whateva, tak naprawdę to nie ma większego znaczenia.

poniedziałek, 24 lutego 2014

M - Bóg kłamstw.

"Trzeba kłamać, by robić to,
na co na co ma się ochotę."
~Barbara Rosiek


Stoję na krawędzi.
                Jeden krok, dwadzieścia pięter i strach. Dokładnie tyle dzieli mnie od betonu, którym wyłożono ziemię poniżej. Wiatr kołtuni moje włosy, jakby igrał z moim napiętym do granic karkiem. Mięśnie niczym struny skrzypka, oddech próbujący nadążyć za tętnem. Adrenalina rozchodzi się po mnie niczym narkotyk, ale nie jest to sygnał walki. To zwykła próba ucieczki.
Tchórz.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić. Potrafię.
Patrzę w dół.
I nagle od ziemi dzieli mnie tylko dwanaście pięter i strach.
To nie odwaga. To głupota. Za dwanaście pięter nie będzie już strachu. Będzie zgrzyt kości o kamień, będzie trzask łamanej czaszki. Będzie krew. I będzie śmierć.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić.
Lecę pionowo w dół, przybliżając się do gruntu. Ile mi zostało? Dziewięć pięter? Osiem? Koniec strachu. Tylko ciekawość. Zainteresowania, co stanie się te kilkanaście metrów niżej. Czy się uda? Czy może przeforsowałem?
   Wiatr ocierał się o mnie, odrzucał włosy w tył, wyciskał łzy. Do czego jestem zdolny? Jak daleko mogę się posunąć?
Nigdy nie przestaniesz sprawdzać? To koniec. Rozbijesz się. Tam jest grunt, tam czeka twój kres.
                Nie, to nie prawda. Potrafię to udowodnić.
 W jaki sposób? Z zaświatów? Nie możesz zakwestionować grawitacji.
                Nie, to nie prawda. Założysz się?
Nie ma sposobu na potwierdzenie twardości ziemi. Nie istnieje żaden dokument, żaden certyfikat świadczący o rzeczywistym zbiciu masy. Nie oficjalnie. Nie stoi tam nikt, kto mógłby potwierdzić jej istnienie. A  co za tym idzie, równie dobrze może ona być kłamstwem.
A kłamstwo pozostaje prawdą tak długo, jak ktoś w nie wierzy.
Nie mam nikogo, kto mógłby uwierzyć, że tam na dole zginę. Ja za to wierzę, że będzie odwrotnie. Jeden do zera.
 Nieprawda. Nie możesz negować twardości ziemi. Nie wierzysz w to. Ja w to nie wierzę.
                Więc nie wierz w ziemię, wierz we mnie.
Nie mogę. Jesteś kłamcą. Jak mam w ciebie wierzyć?
                Dobrze. Więc po prostu mi zaufaj.
                Dwa piętra. Zwalczając opór powietrza, wyciągnąłem przed siebie rękę z wystawionymi dwoma palcami. To wszystko kłamstwo, nie prawda. Zamknąłem oczy. A kłamstwo nie może zabić w tak fizyczny sposób. To niemożliwe. Wiem, że nie. Wiem też, że wcale się nie rozbiję.  Dlatego nadal mam zamknięte oczy. I uśmiech na ustach.
Nie uwierzysz.
                Chcesz się założyć?
Przeżyłeś.
                No widzisz. Jednak uwierzyłem. Zadziałało. Znowu.
Tak, tak, niesamowite. Ale kim ty jesteś, by kwestionować materię? Kim ty jesteś, by decydować o prawdzie?

                Jestem bogiem kłamstw. I właśnie ci pokazałem, że potrafię to udowodnić. 

_______________________________________________________________
   Wyjątkowo, brak komentarzy z mojej strony. Po prostu czytajcie, komentujcie, jeśli możecie. Przepraszam, że krótko, ale niektórych rzeczy nie należy niepotrzebnie rozciągać.

piątek, 21 lutego 2014

M - Głosy

Zrób to.
Głos zabrzmiał i odbił się echem od ścian niczym piłka tenisowa.

Zrób!
Do poprzedniego dołączył kolejny — niski baryton.

No śmiało…
Następny był delikatny, cichy, ale jakże kuszący…

DALEJ, ZAKOŃCZ TO.
Donośny, nieznoszący sprzeciwu.

zrób to, zrób, zrób, zrób!
Piskliwy i podniecony.

Zrrrób to!
Szorstki, warczący, ciężki do zrozumienia.

                Sześć głosów przekrzykiwało się, kłóciło, każdy starał się do niej dotrzeć, ale w ostateczności tworzyły tylko kakofonię dźwięków rozsadzającą jej czaszkę od środka. Wszystko zaczęło się tak nagle, bez żadnych znaków, ostrzeżeń, kompletnie się tego nie spodziewała. Padła przytłoczona na podłogę i skulona załapała się za głowę w rozpaczliwej próbie uciszenia hałasu. Zacisnęła oczy, a po chwili poczuła łzy pod powiekami. Słone krople wkrótce odnalazły swoją drogę wzdłuż jej policzków aż na dywan.

Starczy.
Ten był tak zimny, tak lodowaty, że przeszły ją ciarki.

                Po tym jednym słowie wszystko ucichło. Delikatnie otworzyła oczy, a jej wzrok padł na szafkę nocną, na której stały pudełeczka z lekarstwami. Powoli oderwała drżące ręce od głowy i podpierając się na jednej, drugą sięgnęła w tamtą stronę. Czuła, że nie dałaby rady wstać. Kiedy już prawie dotykała opuszkami palców jednej z buteleczek, poczuła, jakby ktoś szarpnął ją za dłoń. Nie miała jednak okazji zwrócić na to szczególnej uwagi, bo w tym samym momencie ramię, na którym się podpierała, już wcześniej roztrzęsione, załamało się pod jej ciężarem, sprawiając, że upadła z powrotem na podłogę.

Nie, nie, nie… Będziesz nam potrzebna.
A teraz… Zrób to.

                Tym razem nawet nie śmiała oponować.
***
                W pokoju rozległa się melodia Heat of the Moment. Ciemnowłosy chłopak spojrzał na wyświetlacz, po czym z uśmiechem zatrzymał oglądany film i odebrał połączenie.
                — Cześć, co tam? — zaczął wesoło, ale mina szybko mu zrzedła, kiedy po drugiej stronie usłyszał roztrzęsiony głos:
                — To ty? Proszę, pomóż mi…
                — Co się stało? — spytał zaniepokojony.
                — Ja… Nie… Przyjdź tu szybko, proszę… — Chciał jeszcze o coś zapytać, ale słyszał już tylko urywany sygnał.
                — Cholera! — zerwał się z miejsca i niewiele myśląc, pobiegł do jej mieszkania.
***
                Z rozmachem otworzył drzwi i jeszcze nie wchodząc do środka, zaczął:
                — Przyszedłem tak szybko, jak… — urwał, widząc rozciągającą się przed nim scenę.
                Pierwszym, co rzuciło mu się w oczy, była krew dekorująca pomieszczenie niczym jakaś makabryczna tapeta. Dopiero potem zauważył ciała rozrzucone po całym pokoju. Kolejną chwilę zajęło mu zrozumienie, że wszystkich ich zna. Pod oknem leżał jej psychiatra, zaraz obok rodzice. Przy łóżku rozłożona była jej najlepsza przyjaciółka.
                Dokładnie pośrodku tej makabry siedziała ona — zapłakana z rękoma skąpanymi w czerwonej posoce. Obok niej leżał nóż.
                — O Boże… — szepnął.
                Zachichotała nerwowo i rzuciła, jakby starając się obrócić wszystko w żart:
                — Nie ten adres… — pod koniec wypowiedzi głos jej się załamał i zalała się kolejną falą łez.
                — Co tu się stało? — Nie miał odwagi do niej podejść, tym bardziej, że musiałby minąć wielką kałużę krwi i ciało jej brata.
                — Ja… — zaczęła tak cicho, że ledwo było ją słychać. — Ja nie chciałam… To oni… mnie zmusili… Kazali mi… ON mi kazał — zakończyła z szeroko otwartymi oczami przerażonymi jak u spłoszonego zwierzęcia.
                Jęknął w duchu.
                — Przecież brałaś lekarstwa, wypisali cię, mówiłaś, że już wszystko w porządku…
                — Bo było! — zawołała łamiącym się głosem. — Ale dzisiaj rano… — złapała się za głowę i rozpaczliwie nią pokręciła, nie zwracając uwagi na to, że brudzi sobie włosy krwią.
                Nie wiedział, co powiedzieć; szok powoli mijał, coraz bardziej miał ochotę uciec stąd jak najdalej, gdziekolwiek, byle nie patrzeć na tę scenę, nadal był jednak zbyt spetryfikowany, by się ruszyć. Tymczasem ona podniosła się, wzięła nóż do ręki i z przerażeniem wypisanym na twarzy zaczęła się do niego zbliżać.
                — Ja nie chcę — załkała, ale nie zatrzymała się, wciąż parła naprzód na roztrzęsionych nogach, które chyba tylko jakimś cudem utrzymywały ją w pozycji pionowej.
                „Nie rób tego!” — chciał powiedzieć, ale przerażenie ścisnęło mu gardło. Kiedy minęła ciało brata, zobaczył podcięte żyły na obu jej przedramionach. Wtedy po raz pierwszy pomyślał, że krew dookoła nie należała tylko do ofiar dziewczyny.
                W tym momencie usłyszał śmiech tak zimny, że miał wrażenie, że zamienia się sopel lodu. Nie chciał wierzyć, że dochodzi on z jej gardła.
                — Ona jest nasza…
~*~
Dobra, przestraszyłam sama siebie. To mój pierwszy tego typu tekst i nie zamierzam szybko powtarzać tego doświadczenia.
Całą winę zwalam na piosenkę Florence and the Machine - Seven Devils. Tekst inspirowany właśnie nią i osobiście myślę, że zapoznanie się z tym utworem rzuci trochę dodatkowego światła na tę miniaturkę.
Ja pierdolę, co za schiza...

piątek, 14 lutego 2014

D - Uświadomienie

                Zaczęło się niewinnie — od oglądania się za kobietami na ulicach. To jeszcze wcale nie musiało nic znaczyć — coś przykuło uwagę, była specyficznie ubrana, miała ciekawą torebkę… Potem jednak pojawiały się kolejne symptomy. Przełomem było chyba zapatrzenie się w biust koleżanki. I myśli. Niekoniecznie brudne, chociaż te też. Ale też bardziej romantyczne — wspólne mieszkanie, śniadania do łóżka, róże i inne sprawy powszechnie uważane za domenę zakochanych. Nie dotyczyły nikogo konkretnego, po prostu kobiet ogółem. Czy stały związek z kobietą był w ogóle możliwy?
                Z początku była nadzieja, że może nie jest to całkowicie nieodwołalne, że może zwyczajnie jest bi, ale po jakimś czasie i to zniknęło. Faceci byli tylko kolegami, przyjaciółmi, nikim więcej. To, co mieli w spodniach, nie było ani trochę tak podniecające jak to, co skrywały bluzki koleżanek.

                W zasadzie to nawet pogodził się z faktem, że był hetero.
~*~
Wow, od ostatniego posta minął ledwie tydzień, a ja już dodaję kolejny - jestem z siebie dumna! ^.^

piątek, 7 lutego 2014

[D]rabble - "Nie daj mi odejść"

Zatrzymaj mnie, nie daj mi odejść
Zapomnę cię — nie będzie już nic […]
Jutro już nikt, a dziś jeszcze my
IRA — Nie daj mi odejść

                Miłość — dzielone ze sobą chwile radości i smutku, wzajemne uczucie docenienia i spełnienia. Jej delikatne ręce — raz zimne, raz ciepłe, czasem spocone. (Zawsze kiedy zdawała sobie sprawę z tego ostatniego, szybko wycierała dłonie o spodnie.) Choć od samego początku wiedzieli, że to kiedyś się skończy, byli razem szczęśliwi. Żyli chwilą, starali się nie myśleć o przyszłości. Ale po jakimś czasie zaczęła spoglądać na niego ze smutkiem. Szybko starał się odciągać ją od czarnych myśli, ale nie mógł powstrzymać nieuniknionego — powoli zbliżali się do końca. Żadne z nich tego nie chciało, ale on nie mógł nic zrobić, a ona nie miała wyboru…

                Ostatnie słowo. Pożegnanie. Pogładziła go delikatnie na zakończenie, po czym westchnęła i odłożyła go na półkę obok innych książek.

~*~
Oj, dawno tu nie pisałam, ale mam nadzieję, że się jakoś za bardzo nikt nie stęsknił? ;>
Praktycznie jest to moje pierwsze drabble i jestem dumna, bo bez żadnej koniecznej korekty wyszło mi równo 120 słów (bez cytatu) ^.^
Chyba nie muszę mówić, co zainspirowało mnie do napisania tego tekstu, prawda? xD Warto jednak wspomnieć, że oprócz piosenki do powstania tego tworu przyczynił się Kłamca Jakuba Ćwieka, który trzyma mnie tak mocno, że dzień po skończeniu serii na nowo zaczęłam czytać pierwszą część. No cóż powiedzieć... Ups...? xD

niedziela, 22 września 2013

M: Stara przyjaciółka.

   Alice siedziała na swoim łóżku, patrząc w pustkę bez żadnego konkretnego celu. Czuła się dziwnie pusta w środku, równie dobrze cały świat mógł w ogóle nie istnieć, a ona pewnie nawet nie zwróciłaby na to uwagi. Musiała przyznać, przynajmniej przed samą sobą, że dokuczała jej samotność. Ostatnie miesiące nie były dla niej łatwe, pełne wrażenia, że wszyscy się od niej odwrócili, spędzone w odosobnieniu. Wcześniej zawsze był przy niej ktoś, na kogo mogła liczyć i myśl o braku tego wsparcia nawet nie przechodziła jej przez głowę. A potem nagle… Tak naprawdę do tej pory nie wiedziała, co dokładnie się stało, jedyne, z czego zdawała sobie sprawę to ta okropna samotność.
 — Zostawić cię samą na pięć minut i już popadasz w czarną rozpacz.
 Obcasy wysokich kozaków stuknęły o podłogę przerywając zastygłą w pomieszczeniu ciszę. Wysoka dziewczyna przeszła wolnym krokiem przez pokój, taksując wszystko krytycznym spojrzeniem piwnych oczu.
 — Z tego co pamiętam, gust też miałaś lepszy — skrzywiła pogardliwie wąskie usta przybyszka. Rozejrzała się po raz kolejny, utrzymując nieregularne brwi ściągnięte nad zadartym nosem. Jasne światło wyostrzyło i tak już wyraziste rysy jej twarzy, nadając tym samym ostrości żyletki kościom policzkowym dziewczyny. Czarne, związane ciasno włosy przeleciały przez jej ramię, gdy w końcu odwróciła się, by spojrzeć na Alice.
 Siedząca na łóżku dziewczyna była zasadniczo drobna. Delikatną twarz otaczał wianek rozczochranych, jasnych włosów odcieniem pasujących do herbatnikowych tęczówek. Nieduży, okrągły nos zdradzał skłonności do częstego marszczenia nad ładnymi, pełnymi ustami. Stanowiła przeciwieństwo przybyłej przed chwilą postaci. Różnice nie opierały się jednak jedynie na wyglądzie. Owszem, efekt wizualny pogłębiał wrażenie, iż nie mają ze sobą nic wspólnego, lecz prawdziwą przepaść stanowił styl bycia. O ile Alice kuliła się lekko z podciągniętymi pod brodę nogami i wypełnionymi pustką oczyma, o tyle czarnowłosa emanowała swoistą pewnością siebie. Posiadała sprężysty, energiczny krok i stanowcze spojrzenie, zdające się rzucać wyzwanie całemu światu.
 Nie było mowy o jakimkolwiek związku między dwoma dziewczynami, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo to, wyższa z nich bezceremonialnie rozciągnęła się na łóżku obok, jakby była to najnormalniejsza kolej rzeczy na świecie.
 — Nie powiedziałabym, że było to pięć minut — burknęła ponuro blondynka, ale dało się zauważyć, że rozluźniła nieco postawę, a jej rysy twarzy się wygładziły.
 — Szczegóły. — Czarnowłosa machnęła lekceważąco ręką, wykładając nogi na zagłówek posłania. Westchnęła z lubością i kątem oka spojrzała na rozmówczynię. — No dobra, to co teraz?
 Alice zmarszczyła brwi i spojrzała na dziewczynę pytająco.
 — Co masz na myśli? — spytała.
 — Jak to co? — Piwnooka uśmiechnęła się i spojrzała na blondynkę, jakby licząc, że ta zaraz przyzna się do jakiegoś żartu. Mina dziewczyny pozostała jednak poważna i wyczekująca. Towarzyszka Alice przesunęła ręką po twarzy, prychając z irytacją. — Chyba mi nie powiesz, że tu zostajesz? — Właścicielka kozaków usiadła gwałtownie, obserwując rozmówczynię. — Hej, wróciłam, możesz już zrobić krok — rzuciła, uśmiechając się niewyraźnie. — No dawaj, przecież obie wiemy, że pora nadrobić zaległości. A te masz spore.
 Jasnowłosa przygryzła wargę i jakby skuliła się w sobie.
 — Ja… — zaczęła tak cicho, że ledwo było ją słychać. — Ja, nie, ja nie mogę… Nie chcę — szepnęła, nie patrząc na towarzyszkę. — Cat, ja z tym skończyłam… — Podniosła niepewnie wzrok.
 — O nie — czarnowłosa jęknęła i zrzuciła nogi na podłogę. Przesunęła ręką po włosach zirytowanym gestem. — Słuchaj, już o tym rozmawiałyśmy. Pamiętasz? Wiele razy „kończyłaś”. Naprawdę, gratuluję rezultatów — prychnęła. Oczy drugiej dziewczyny pełne jednak były wątpliwości, nerwowo przebierała palcami. Spojrzenie Cat złagodniało. Pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. — Al, którą z nas próbujesz okłamać? Ja wiem, co tak naprawdę myślisz. Wiem, dlaczego próbowałaś z tym skończyć. Wiem, jak się boisz. Wiem, czemu nie powinnaś… Ja po porostu wiem, że możesz. A przede wszystkim wiem, że chcesz.
 Blondynka mocniej zacisnęła ręce wokół kolan i pokręciła delikatnie głową, jednak gest ten wydawał się być skierowany bardziej do niej samej, niż jej towarzyski. Milczała dłuższą chwilę, a Cat nic nie mówiła, wiedząc, że tego właśnie potrzebuje. Po chwili Alice się odezwała:
 — Wszyscy się ode mnie odwrócili… — Wzrok miała wbity w podłogę. — Nawet ty odeszłaś — szepnęła, po czym zwróciła się w stronę przyjaciółki i spojrzała na nią przeszywającymi oczami pełnymi smutku. — Jak mogę tego chcieć…?
 — Jak mogłabyś tego nie chcieć? — Czarnowłosa poderwała się niespodziewanie i złapała Alice za ramiona, zrównując jej oczy ze swoimi. Tęczówki pełne obaw zwarły się z tymi pełnymi zawziętości. — To nie była twoja wina. To oni zawiedli, to oni cię zostawili. To był ich błąd. Zostawili cię, gdy ich potrzebowałaś, byli ślepi, nie chcieli widzieć. — Cate mówiła cicho, prawie szeptem, wyrzucają słowa coraz szybciej. Jej oczy gorzały. — Ale ja byłam. Ja nigdy cię nie zostawiłam, Al. Zawsze gdzieś byłam, dobrze o tym wiesz. Potrzebujesz mnie. Ja potrzebuję ciebie. Ale bez tego… — przerwała, wciąż usilnie wpatrując się w rozmówczynię. — Ja jestem tego częścią, Al. Odrzucając to, odrzucasz mnie. Ja nie odeszłam. Odepchnęłaś mnie. — Przez twarz Cat przebiegł grymas bólu i zawodu. — Ale ja wybaczam. Wybaczyłam ci już dawno, Al, już bardzo, bardzo dawno. Chociaż to boli wiesz? Za każdym razem, gdy kończysz, odpychasz mnie. Ale ja wciąż jestem, rozumiesz? Ja zawsze będę. Więc po prostu zrozum. Zrozum, że cię potrzebuję, że ty potrzebujesz mnie. Jestem jedynym, co masz. Dlaczego zatem tak bardzo się upierasz? Dlaczego chcesz być samotna, Al? Tak nie musi być, dobrze o tym wiesz…
 Blondynka wwiercała wzrok w oczy rozmówczyni, jakby chciała przejrzeć ją na wylot, upewnić się, że to, co mówi, jest prawdą. Jakby szukała zapewnienia, że nadal może na kogoś liczyć.
 — Nie zadręczaj się. Każdy zasługuje w życiu na szczęście, dlaczego nie ty? Dlaczego inni mogą ranić i być ślepi, dlaczego oni mogą być szczęśliwi? Co stoi ci na przeszkodzie? Co jest granicą, ścianą, która odgradza cię od spokoju? — Cat uparcie wytrzymywała spojrzenie dziewczyny, mówiąc z coraz większym przejęciem. — To ty, Al. Jesteś swoją jedyną przeszkodą, jedynym ograniczeniem. Daj sobie szansę, Alice. Szansę na spełnienie…
 — DOŚĆ! DOSYĆ, PRZESTAŃ! — wrzasnęła dziewczyna, chwytając się za głowę. — Nie chcę, nie rozumiesz?! Nie chcę! To nie ja, tylko ty! Daj mi z tym wreszcie spokój! Nie będę cię już więcej słuchać! Robiłam to przez pół życia i zobacz, jak to się skończyło! Nie mam zamiaru tego powtarzać! W przeciwieństwie do ciebie, JA uczę się na błędach! A to, co robiłam to był jeden wielki błąd!
 — To nie były błędy, Alice! — krzyknęła Cat, znów łapiąc blondynkę za ramiona i zmuszając do ponownego spojrzenia sobie w twarz. — To był uśmiech na twojej twarzy, to był spokojny sen w nocy! To było ukojenie. Oni popełnili dużo większą pomyłkę. Oni na to ZASŁUŻYLI, Alice. Sami byli sobie winni. Ty zrobiłaś to, co musiałaś. To była sprawiedliwość. I to nie ja jej chciałam. To ty jej pragnęłaś, Alice. Ta sprawiedliwość do ciebie należała. — Niespodziewanie pomiędzy gorączkowym krzykiem w głowie blondynki pojawiła się niepokojąco spokojna myśl. Gdzieś wśród huraganu umysłu wyklarował się jeden chłodny, właściwie nic nie znaczący fakt. Cat nie była jej całkowitym antonimem. Dopiero teraz, patrząc na płonące policzki i rozszerzone źrenice pojęła tę wyraźną cechę, łączącą je obie. Jak mogła tego wcześniej nie widzieć? — Nie musisz mnie słuchać, Al. Nie musisz robić niczego. I tym bardziej nie musisz tu tkwić. Nie musisz powstrzymywać tego wyjącego w twojej głowie instynktu, mówiącego, że nie musisz się zadręczać. Posłuchaj go. Uwierz jemu, jeśli nie chcesz mi. Ale ja nie kłamię, Al, ja nigdy cię nie okłamałam. Nigdy nie zrobiłam niczego, co nie miałoby na celu twojego szczęścia. — Cat delikatnie pogłaskała wierzchem dłoni policzek dziewczyny. — Jako jedyna. Jako jedyna, zawsze byłam twoim przyjacielem. Wiecznym i jedynym. Zaufaj mi, Al. Zaufaj mi jeszcze ten jeden raz, a będziesz szczęśliwa. — Czarnowłosa spojrzała jeszcze raz na obawy na twarzy rozmówczyni, na ostatnią ścianę szkła, którą musiała zburzyć. Ujęła twarz dziewczyny w dłonie i szeptem wymówiła ostatnie zdania. — Świat jest okrutny, Alice. A to jest twoją jedyną morfiną.
 Blondynka siedziała bez ruchu, wpatrując się w swoją towarzyszkę. Przez jej głowę przelatywały wszystkie ich wspólnie spędzone chwile, wszystkie wspomnienia z poprzednich kilku miesięcy. Wspomnienia, których do siebie nie dopuszczała, odczucia, które odrzucała. I wtedy właśnie zrozumiała, że jednak chciała to robić. W tym jednym momencie przypomniała sobie, jakie zawsze towarzyszyło temu uczucie, jak dobrze się czuła przez tyle czasu. Jak znajome były nieskładne fale hebanowych włosów, rozlewające się po plecach, jak oczywiste stały się zmarszczone ironicznie brwi. Niezaprzeczalnie dokładne, energiczne ruchy chudych dłoni, jak poprawne wydawały jej się zaróżowione policzki, przypominające gorączkę. Sam fakt bytu dziewczyny sprawiał wrażenie tak naturalnego, tak właściwego, jakby była tlenem. Wszystko to dawało jakże cudowne poczucie bezpieczeństwa. Stabilności, której tak brakowało jej przez ostatnie tygodnie. Tej podbudowującej znajomości każdego szczegółu czarnowłosej, jasności we wszystkim, co robiła i posiadała. Dopiero teraz, patrząc po raz enty na tę należną twarz, dostrzegła tę nader widoczną cechę, łączącą je obie. Wciąż nie potrafiła wyjaśnić, jakim cudem jej to umknęło. Coś tak prostego, coś tak nieznaczącego…
 Oczy.
 Obie miały te same, płonące złotem oczy.
 Alice przełknęła ślinę i lekko skinęła głową.
 — Zgoda — mruknęła, ponownie kiwając głową, jakby chcąc pozbyć się resztek wątpliwości. — Zgoda — powtórzyła pewniej.
 Twarz Cat rozbłysła rzędem białych zębów ukazanych w szczerym, szerokim uśmiechu. Patrząc na jej dynamiczny styl bycia, można by pomyśleć, że po osiągnięciu swego celu poderwie się, rzuci w wir działania, wyznając zasadę, iż lepiej najpierw strzelać, później pytać.
 Ale tak się nie stało. Dziewczyna pozostała w miejscu, uważnie wpatrując się w twarz Alice, szukając jakichkolwiek oznak zwątpienia, zmian decyzji. Bezowocnie. Jej oczy zabłysły uznaniem.
 — Wiesz, co robić — stwierdziła tylko cicho, ostrożnie łapiąc prawy nadgarstek blondynki. Ta zmarszczyła brwi w wyrazie zdumienia, podążając wzrokiem za prowadzoną przez jej rozmówczynię ręką. Przy zagłówku prostego łóżka ustawiono niewielką szafkę nocną, zastawioną niewiele znaczącymi przedmiotami. Książka, ołówek, zeszyt o białych kartkach. I szklanka wody. To właśnie ją złapała, pewnie kierowana przez dłoń czarnowłosej. Zacisnęła palce na chłodnym szkle.
 I zrozumiała.
 Spojrzała jeszcze raz na Cat, a ta skinęła na nią ponaglająco, zagryzając wargę, by powstrzymać chichot. Jej oczy się śmiały, jakby stały się tylko nastolatkami, podekscytowanymi złamaniem jakiejś niewinnej zasady. Ale czy nie tym właśnie były? Dwójką ludzi, chcącą uczynić własne życie nieco bardziej zabawnym. Alice uśmiechnęła się delikatnie.
 Po czym cisnęła naczyniem o podłogę.
 Odłamki wzniosły się i opadły niczym pierwszy śnieg, ścieląc podłogę ostrym dywanem. Woda rozpełzła się wokół mokrymi nitkami, tworząc kałużę na środku pomieszczenia. Cat parsknęła śmiechem, a blondynka zakryła usta dłonią, by nie wystraszyć przebywających za ścianą osób swym nagłym wybuchem. Wymieniając z Al rozbawione spojrzenie, czarnowłosa postukała wymownie ręką w miejsce rozbicia szklanki. Jej towarzyszka pochyliła się i podniosła z ziemi jeden z większych, szpiczaście zakończonych kawałków. Ostre krawędzie otwarły skórę na jej palcach, a szkarłat spłynął ku dołowi.
 — Tęskniłaś za tym kolorem, nieprawdaż? — mruknęła zachęcająco Cat, patrząc na skaleczenie. Alice próbowała skarcić ją spojrzeniem, ale zbyt dobrze wiedziała o racji przyjaciółki. Czarnowłosa zaraziła ją też swym entuzjazmem, a teraz, czując kotłującą się w sercu adrenalinę, nie potrafiła myśleć o tym w kategoriach zła.
 — Na pewno słyszeli jak zniszczyłam szklankę. Zaraz tu przyjdą — odparła za to, przygryzając lekko wargę. Uśmiech nie spełzł z warg dziewczyn.
 — Wiem. O to nam przecież chodzi.
 Kroki odbiły się echem po sterylnym korytarzu i wpadły do środka pokoju. Chudy, szpakowaty lekarz po czterdziestce, przekręcił gałkę prostych, zamykanych od zewnątrz drzwi. Zakrzywiony, spory nos zwisał spomiędzy małych oczu o dobrodusznym spojrzeniu. Rzadkie na czubku głowy włosy zaczesane były do tyłu, miejscami dorównując kolorem białemu kitlowi narzuconemu na szpitalny uniform. Przekroczył próg niedużego, prostego pomieszczenia o śnieżnych ścianach bez okien. Jedynymi meblami w tej wątpliwej komnacie były dwa stojące naprzeciwko siebie łóżka i dość uboga szafka nocna. Kafelkowa podłoga została zalana wodą, a szkło rozpierzchło się po całej długości. Prócz tego, pokój był całkowicie czysty, uporządkowany i prawie pusty. Prawe, bowiem jedno z posłań zajmowała drobna blondynka w prostym stroju pacjenta. Jej obecność stanowiła jedyny odbieg od standardowego obrazu opuszczonych pomieszczeń.
 — Pielęgniarki skarżyły się na jakiś hałas — oznajmił doktor, wchodząc do środka z notatnikiem i długopisem w ręku. Patrzył na dziewczynę podejrzliwie, żądając wyjaśnień.
 — Strąciłam szklankę — odparła jedynie blondynka, uśmiechając się przepraszająco. Delikatnie zasłoniła nogą rękę trzymającą odłamek.
 — No cóż, zdarza się. — Lekarz uśmiechnął się mniej podejrzliwie, spoglądając znów do swych zapisków. Mruknął coś pod nosem i znów przeniósł wzrok na siedzącą samotnie dziewczynę. — To już tydzień od odstawienia leków, Alice. Moje gratulacje. — Wzrok mężczyzny wyraźne się ocieplił, by znów paść na zapisane kartki. — Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku?
 Alice spojrzała na roześmianą Cat, która, siedząc na drugim łóżku, przykładała palec do ust. Uśmiechnęła się delikatnie i zacisnęła palce na kawałku szkła.

 — Tak. Teraz już tak.
______________________________________
Jak widać powyżej, ostatnio idziemy na całość i publikujemy coś-niecoś trochę częściej. Radzę się nie przyzwyczajać, ale póki co cieszmy się tym jakże niezwykłym stanem rzeczy. 
Co do samej notki, raczej nie mam zbyt wielu uwag. Pisana była wspólnie, z podziałem na "role", że tak powiem. Starring by:
Oxymora- Alice
Vexa Lamory- Cat
Publikuję ja, ponieważ większa część tekstu jest moja (bo Oxy jest leniwą asgardzką kozą. Tak, oficjalnie zezwalam na hejotwanie jej na jej własnym blogu. Mogę zacząć). Pisało się przyjemnie, bardziej dla samej przyjemności tworzenia. Kto wie, może jednak się spodoba i Oxy nie wścieknie się, że tak po niej jeżdżę? W razie czego, proszę o komentarze. Będzie patrzeć na komentarze= nie będzie patrzeć na moje hejty. I wszyscy będą szczęśliwi :)
Czekolady, Naleśników, Masła Orzechowego, 
Vex

(EJ! Wcale nie jestem leniwą, asgardzką... Nie, zaraz...)

EDIT!
Otóż znalazłam TO na tumblrze i po prostu nie mogłam się oprzeć. No spójrzcieże na to!
Pozdrawiam,
Oxymora

piątek, 9 sierpnia 2013

LE (Literatura Eksperymentalna)- Logika znudzonego, czyli dlaczego nie należy zostawiać nas samych na dłuższy czas.

   W życiu bywają takie momenty, gdy człowiek nie jest do końca pewien, co też powinien robić ze swoim życiem. Zapada w stan błogiego Nic Nierobienia i na dłuższą chwilę dezaktywuje wszelkie odpowiedzialne za Pożyteczność układy. Procesy Twórczości wsiadają w  pierwszy lepszy samolot, osiadają na jakiejś zagranicznej plaży i dają do zrozumienia, że nie ruszą się stamtąd, choćby nie wiem jak błagano.  Chęci, choćby te najlepsze, stają się bezradne, gdy Inicjatywa pakuje walizki  oraz kupuje bilet na rozklekotany pociąg. Wena czmycha nad jakieś jezioro, Pomysły zaszywają się w górach i zdawać by się mogło, że tylko Lenistwo ma w sobie trochę empatii, więc lojalnie pozostaje w domu.
Słowem: Wakacje.
  Zdarzają się jednak takie przypadki, gdy przypadkowo wpadnie się na coś całkowicie przypadkowego. Przykładem takiego przypadku, może być na przykład  oczekiwanie na kogoś, siedząc na huśtawce. Ot, dwuosobowej, drewnianej huśtawce. I tak czeka się  z kimś na kogoś. I w życiu by się nie pomyślało, co może z tego wyjść.

Piegus: *podniesiona na huśtawce* Czuję się taka wysoka... 
Niebieski T-Shirt: Ta, zaraz ci przyjdzie taki dwumetrowy Sherlock i już nie będziesz taka wielka...
Piegus: To wtedy wejdę na drzewo i powiem mu, że jestem od niego wyższa, a on mi powie, że nie jestem od niego wyższa, a ja mu na to, że ma racje, a on mi na to, że wie, a ja mu na to, że jest socjopatą, a on mi na to, że wie, a ja mu na to, że i tak go kocham, a on mi na to, że też wie i wtedy z ukrycia wyskoczą ninja, którzy go zwiążą i zabiorą do mojego domu, wtedy Sherlock zacznie mi opowiadać, jak to tu ktoś  kiedyś mieszkał i co robił, a ja mu powiem, że nie mógł tu wcześniej mieszkać, bo dom był kupiony w stanie surowym i trzeba było go remontować, a on mi na to, że wiedział i blefował, a ja mu na to, że nie powinien blefować, bo to umniejsza jego mądrości, a on mi na to, że nie jest mądry tylko inteligentny i wtedy napijemy się herbaty, a on mi powie, że jest obrzydliwa, a ja mu powiem, że u nas w Polsce nie pijemy tego paskudztwa, którym jest herbata z mlekiem, a on się nie zna, a on mi powie, że jest Anglikiem i zna się lepiej ode mnie, a ja mu powiem, że Hindusi znają się lepiej od Anglików, bo herbata rośnie w Indiach, a on mi na to, że w Indiach nie piją herbaty, bo jest gorąca, a tam jest gorąco, a ja mu na to, że Hindusi to gorący ludzie i lubią gorące rzeczy, jak klimat czy napoje. A potem go zapytam, co robił pod tamtym drzewem, a on mi powie, że szukał mordercy, a ja go zapytam jakiego, bo może go znam i mu pomogę. I przeniosę się na Baker Street 221B i Watson nie będzie mnie lubił, ani pani Hudson, a Sherlock będzie miał mnie w dupie, bo jest socjopatą i tylko Gladstone będzie mnie lubił, bo będę go karmiła resztkami ze stołu, a Watson będzie się na mnie wkurzał i powie, żebym przestała, bo Gladstone przytyje i wzrośnie mu cholesterol i będzie chory, a ja mu na to, że wtedy weźmiemy go do lekarza, a on mi na to, że on jest lekarzem i wie, co jest najlepsze dla jego psa lepiej ode mnie, a ja mu na to, że ja mam dwa psy i lepiej wiem, jak się nimi opiekować, a oni mi wtedy, że jak mam dwa to żadnemu nie poświęcam odpowiedniej ilości uwagi, a ja mu na to, że nieprawda, bo zaniedbuję jednego, żeby zajmować się drugim, co postawi mnie w złym świetle, ale i tak będę miała rację. A potem wszyscy popadniemy w długi, bo ninja, które wynajęłam, żeby porwały Sherlocka, były drogie i nie będzie mnie stać na czynsz, a jak nie będzie mnie stać na czynsz to pani Hudson jeszcze bardziej mnie znielubi i przestanie mi zmieniać pościel, a jak przestanie mi zmieniać pościel to będę śmierdzieć, a jak będę śmierdzieć to policjanci nie będą mnie wpuszczać na miejsce zbrodni, a jak nie będą mnie wpuszczać na miejsce zbrodni to nie będę mogła pomagać w śledztwie i będę tylko zawadzała Sherlockowi i wyrzuci mnie na bruk, a jak wyrzuci mnie na bruk to nie będzie komu dokarmiać Gladstone'a, a wtedy on schudnie i będzie miał więcej energii i będzie chciał się bawić i  Watson będzie musiał poświęcać swój czas na zabawę z nim, więc będzie musiał rozwiązywać sprawy w nocy, więc nie będzie się wysypiał i będzie popełniał błędy, a jak będzie popełniał błędy to straci reputację i jego też przestaną wpuszczać na miejsce zbrodni i wtedy zostanie tylko Sherlock, który jest socjopatą i obrazi policjantów i wtedy i jego przestaną wpuszczać na miejsce zbrodni i nie będzie komu rozwiązywać zagadek i nie będą zarabiać i nie będą płacić czynszu i pani Hudson, która wyrzuci ich na bruk i zamieszkają pod mostem i Mycroft uzna to za hańbę i wydziedziczy Sherlocka i w ten sposób odetną się ich wszystkie fundusze. A jak będą mieszkać pod mostem to  zachorują na tyfus, a Watson będzie próbował ich leczyć, ale nie będą mieli pieniędzy na leki, więc  Watson umrze pierwszy, bo będzie się bardziej troszczył o Sherlocka, a Sherlock nie będzie się opiekował Gladstone'em i Gladstone też umrze i Sherlock będzie umierał samotnie i stwierdzi, że gdyby mnie nie spotkał to to by się nie wydarzyło i stwierdzi, że to twoja wina, bo podniosłaś mnie wtedy na huśtawce i przeznaczy resztę swojego życia, żeby cię znaleźć i zabić i właśnie dlatego nie możesz mnie podnieść w górę na huśtawce, bo zginiesz.

________________________________________
 Taka tam tyrada, walnięta na spontana w czasie wakacji xD  Oxy to w zasadzie zaczęła, jak widać powyżej i to ona to w zasadzie spisała. Mimo wszystko publikuję to ja, poprzez minimalne prawo do praw autorskich ;)  Traktuje to bardziej jako taki zapychacz, przed notką, która być może niedługo się ukaże. Mało ambitne, wiem, ale jak oznajmiłam na wstępie wszystko co potrzebne do pisania, zrobiło sobie wakacje ^^" 
Niech Wena będzie z Wami, 
Piegus.

piątek, 12 lipca 2013

Terapia

Szpital artystyczny
Wydział literatury
Raport nr 35567 z dnia 12.07.2013r.
Pacjent: Oxymora
Lekarz: dr Stanisław Papirus
***
O: Dzień dobry.

SP: Witaj, witaj. Proszę, usiądź. Powiedz, co cię do mnie sprowadza? Z tego co wiem, do tej pory zasięgałaś porady specjalisty od fanfiction.

O: Tak, to prawda, ale tym razem mam coś bardziej… ogólnego.

SP: Słucham. Z czym masz problem?

O: Więc… Nawiedza mnie pewna postać. Nie wiem praktycznie nic, oprócz tego, jakie relacje ją łączą z kilkoma osobami i znam kilka nieistotnych sytuacji. Co gorsza, jest rozmazana. Raz pokazuje się poważna i cyniczna, raz zakręcona i wesoła. Sama nie wie, co chce robić, jaka być. Tyle tylko, że domaga się czegoś dłuższego. Miniaturka, nawet zbiór miniaturek czy cykl jej nie wystarczy. Nie, ona domaga się… pełnego metrażu.

SP: Rozumiem… Kiedy to się zaczęło?

O: Nie pamiętam daty, ale miesiąc, może dwa temu. Wracałam ze szkoły i bawiłam się parasolką i wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, zachowywała się jak moje odbicie. Towarzyszyła mi aż do domu. Potem pojawiała się czasem, nieregularnie, za każdym razem trochę inna, ale jedna rzecz się nie zmieniała — zawsze miała przy sobie parasolkę.

SP: Więc, jeśli dobrze zrozumiałem, masz postać, rozmazaną, ale nie masz… fabuły?

O: Dokładnie.

SP: Czy komuś o tym mówiłaś?

O: Tak, przyjaciółce. Poradziła mi poczytać kilka książek i może na coś wpadnę. I jeszcze zrobiłam kartkę, na której spisałam pomysły co do niej. Widział to mój przyjaciel i też podrzucił mi jeden. *szelest papieru* Ten ostatni jest jego i podoba mi się, ale… sama nie wiem.

SP: (. . . . .)
~*~
Pewnie właśnie zastanawiacie się, czym, do licha, jest to coś na górze. Cóż, jest to moja „terapia”, którą zaleciłam sobie ja sama, bo mi się nudziło xD
Jakkolwiek problem przedstawiony powyżej jest jak najbardziej prawdziwy i aktualny, a wypowiedź doktora urwana z prostej przyczyny — gdybym umiała ją napisać to nie pisałabym tego na górze.
Teraz słuchajcie czytajcie!
Jeśli ktoś z was ma pomysł na to, co mógł powiedzieć doktor Papirus — piszcie! Zróbmy sobie taki mały konkurs xD
Najbardziej pomocna rada zapełni miejsce kropek!

Taa, wiem, szału nie ma z taką nagrodą, ale, do licha, potrzebuję pomocy! xD

wtorek, 25 czerwca 2013

Zbiór wierszy kilku

Na początek coś, co powstało całkiem dawno, bo jakoś w lutym 2011, ale stwierdziłam, że nawet mi się podoba i jest niezły na rozpoczęcie tego improwizowanego "tomiku" xD

Wierszokletka

Zamęczam się, myślę, na głowie staję,
ale to nic nie daje.
Napisać wiersz nie jest tak łatwo -
- trzeba mieć pomysł i ubrać go w słowa.
A ja chcę coś napisać,
naprawdę.

~*~
Ten tutaj został trochę przerobiony, natomiast jego oryginał powstał jeszcze przed Wierszokletką.

Zakaz płakania

W tym świecie nie wolno płakać,
W tym świecie nie wolno się smucić,
Bo wszyscy zaraz cię pocieszają.

Wystarczy, że łzę uronię
I zaraz się wszyscy zlatują.
Mówią: "Stop! Tu jest zakaz płakania!"
I wlepiają mi mandat na uśmiech.

Ale ja muszę się trochę posmucić.
Ja chcę trochę popłakać!
Muszę zaszyć się w kącie,
W którym płaczę,
Nad tym światem, gdzie nie wolno płakać.

~*~
Ten wiersz jest opisany datą 10 marca 2011r. Wiem, że zainspirował mnie do niego pewien blog, ale który to już niestety nie pamiętam xD

XXX

Myślę, dumam, rozważam...
Co zrobić?
Jak postąpić?
Rozum się wysila,
ale w głowie tylko harmider myśli,
z których każda mówi inaczej.
Której posłuchać...?

Żadnej.
Nie myśleć,
poczuć.

~*~
Ostatnie dwa wiersze są najnowsze. Ten powstał dzisiaj ok. godziny 12 w nocy i spisany jak najszybciej.

Noc

Szum drzew, chłodny wiatr i świeże powietrze,
czego chcieć więcej?

Ciemne niebo jest okryte chmurami,
lecz zza czarnej zasłony przebija iskierka.
Jedna gwiazda
walczy o przetrwanie, chociaż nawet
Księżyca nie widać.
Osłabiona migocze,
pojawia się i znika.

Tymczasem pomarańczowe światło latarni
jakby drwi sobie z jej wysiłków,
rozjaśniając bez problemów mrok ulicy,
na której i tak nikogo nie ma.

Są tylko drzewa i wiatr
i dziewczyna siedząca w oknie.
Patrzy na świat zza siatki na owady
i marzy o nocy pod gołym niebem.

Wydawałoby się,
że czas stoi w miejscu,
że niczego innego nie ma na Ziemi,
jedynie szum drzew, chłodny wiatr i świeże powietrze.

I tylko w oddali
pędzą samochody.

~*~
Pomysł na ten zrodził się dosłownie chwilę po napisaniu Nocy. Niestety, leżałam już w łóżku i za nic nie miałam siły go spisać. Na szczęście dzisiaj nadal go pamiętałam i zapisałam zaraz po powrocie ze szkoły :D

Pytania egzystencjalne

Powiedz mi,
czy wierzysz...
w to, że Słowo ciałem się stało?
w te wszystkie cuda niestworzone?
w życie po śmierci?
w lepsze jutro?
w dobrych ludzi?
w bezinteresowność?
we wszystkie szczytne ideały?
w naukę?

A w siebie
czy wierzysz?

czwartek, 2 sierpnia 2012

M - "Wszystko w porządku"




Wśród ludzi jest się także samotnym.
Antoine de Saint-Exupéry, „Mały Książę”

                Stała wpatrzona w horyzont, trzymając swoje buty w jednej ręce. Letnia woda obmywała jej nogi. Nad nią wisiało czarne niebo. Zza grubej warstwy chmur nie wyglądała ani jedna gwiazda. Co z tego, że za nią było tętniące życiem miasto, a zaledwie kilka metrów dalej stali jej znajomi? Ona słyszała tylko szum fal i widziała czarną toń wokół siebie. Bała się jej. Woda otaczała ją ze wszystkich stron, przytłaczała ją. Była wszechobecna. Sprawiała wrażenie, jakby chciała ją połknąć. Ciekawe, co by się stało, gdyby jej na to pozwoliła? Co oni by myśleli? Płakaliby? Obwiniali się? A może nie zauważyliby związku między swoim zachowaniem, a jej odejściem?
                Nie akceptowali jej. Czuła to. Była inna. Nie lubili jej towarzystwa, ale mieli na tyle kultury, by tego nie okazywać. No, przynajmniej niektórzy. Czuła się przy nich taka żałosna. Niechciana, bez poczucia humoru, nudna, piąte koło u wozu. Była outsiderką na siłę przyczepioną do ich grupki.
                Co ona tu w ogóle robiła?
                Nagła fala, która rozbiła się o jej nogi, mocząc spodenki, przywróciła ją do rzeczywistości. Odwróciła się i zaczęła iść w stronę brzegu. Nagle tuż obok niej do wody wpadła kulka błota, ochlapując ją jeszcze bardziej. Zaśmiała się. Śmiech był bezpieczny. Pokazywała, że ma dystans do siebie, że ich żarty jej nie ranią. Czasem udawało jej się przekonać samą siebie. Spojrzała w stronę, z której nadleciała kula. Stali tam oni. Ciekawe, czy zrobili to specjalnie? Kiedy do nich podeszła, usłyszała pytanie:
                - Nic ci nie jest?
                - Jasne, wszystko w porządku.
~*~
Tak, wiem, że krótkie i że długo mnie nie było - WYBACZCIE! Dwa tygodnie byłam we Włoszech (tak jakby ktoś pytał to miejsce akcji miniaturki - Lido di Jesolo w pobliżu Wenecji xD)
Ostatnio mówiłam, że planuję coś głębszego. Cóż, myślałam wtedy o czymś innym i nawet zaczęłam to pisać, ale zepsułam to - zabrałam sobie pole do manewru i wyszłoby krótsze niż chciałam, co mnie zniechęciło. Może kiedy indziej. Dziękuję Izis za szybkie oddanie Magdy - znalazła mnie dokładnie w nocy 26 lipca nad Adriatykiem xD
Nie wiem kiedy nowa notka, bo Zenek jest aż nadto, a Dagi i Magdy nie ma. Cóż, pani Wena pojawia się i znika, a z Chęcią to nie mam zielonego pojęcia, co się stało.
Tymczasem zapraszam serdecznie na nową stronę na FB prowadzoną przeze mnie i moją przyjaciółkę:

poniedziałek, 4 czerwca 2012

M - Kiedy nachodzi cię Chęć...





Pisarz pisze i ten proces – nie sława czy fortuna – jest najważniejszy.
Amy Tan

                Właśnie siedziałam przed komputerem i czytałam kolejne fanfiction z rzędu. Nikomu nie zawadzałam, nie wtrącałam się, nie przeszkadzałam - aniołek. Niestety mój spokój zakłóciły gwałtownie otwierane drzwi do mieszkania. Ledwo zdążyłam się odwrócić w stronę wejścia do mojego pokoju, a przede mną stała wysoka dziewczyna. Ciężko dyszała, ręce opierała na kolanach, a jej płomiennorude loki wyglądały, jakby tego dnia nie widziały szczotki. Tak, Dagmara Chęć zawsze umiała zrobić dobre wejście.
                - Co ty tu robisz? - spytałam ponuro.
                - Też się cieszę, że cię widzę. - Opierała dłonie na biodrach i patrzyła na mnie z wyrzutem. - Nie, nie jestem zmęczona, dzięki, że pytasz. Nie, nie, postoję, nie ma sprawy. Wody? Nie, nie fatyguj się, ale cieszę się, że się o mnie martwisz. - Usiadła na mojej kanapie.
                - Co tu robisz? - powtórzyłam moje pytanie.
                 - Nudzę się - wyjęczała, machając nogami. - Napiszmy coś…
                - Co?
                - Cokooolwieeek… -  jęknęła, przeciągając samogłoski.
                - Nie wiem co - mruknęłam obojętnie. - Chcesz pisać to wymyśl jakiś temat.
                Daga prychnęła.
                - To nie ja tu jestem od wymyślania. - Wyciągnęła telefon komórkowy i wyszukała numer.
                - Daj na głośnik - westchnęłam zrezygnowana. Zrobiła, o co prosiłam i do moich uszu doszedł sygnał. Nagle ze słuchawki odezwał się głos:
                - Tu Zenon Pomysł. Nie mogę teraz rozmawiać. Zostaw wiadomość. PI!
                - Zenek, no nie rób sobie żartów! - warknęła Daga. - Ja tu usycham z nudy, a tobie włącza się poczta głosowa?! Weź nie rób mi tego! Jak tylko to odsłuchasz to przylatuj do Zosi! Tylko szybko! - Wcisnęła czerwoną słuchawkę.
                - To teraz czekamy - mruknęłam i wróciłam do czytania.
                - AGHR! - Dagmara rzuciła się zirytowana na łóżko.
***
                - Kiedy on przyjdzie… - Rudowłosa waliła rytmicznie głową w materac.
                - Cierpliwości… - mruknęłam pomiędzy zdaniami ficka.
                - Ale ja nie jestem cierpliwa! - Poderwała się i miała coś mówić, ale przerwało jej głośnie pukanie do drzwi.
                - Otworzysz? - spytałam, wciąż czytając. Nie było to potrzebne, bo panna Chęć już dopadła do klamki i prawiła kazania brunetowi stojącemu w wejściu. Kiedy już skończyła, złapała go za rękaw i zaciągnęła do mojego pokoju.
                - Piszemy? - spytał.
                - Yhym - mruknęłam potwierdzająco, nie odrywając wzroku od tekstu.
                - A co?
                Odwróciłam głowę w jego stronę, przesyłając w spojrzeniu wiadomość To twoja działka po czym znowu spojrzałam w monitor. Zenek zaczął chodzić wokół pokoju, a Daga siedziała jak na szpilkach na mojej kanapie i obserwowała go.
                - Mam! - wykrzyknął chłopak. Powoli odwróciłam się w jego stronę.
                - No to mów. - Kiedy opowiedział, na co wpadł, zwróciłam się do rudowłosej: - Ściągnij tu Magdę.
                - Co? - jęknęła zrezygnowana. - Ty sobie żartujesz? Na Zenka musiałam czekać, a teraz jeszcze ona? Przecież to zajmie całe wieki!
                - Nie narzekaj. Chciałaś pisać to jej potrzebujemy.
                - A nie możemy bez niej? - spytała z nadzieją. Spojrzałam w stronę czytanej historii, wzruszyłam ramionami i powiedziałam po prostu:
                - Możemy. Ale po co?
                Dagmara warknęła i poszła szukać Magdaleny Weny, zostawiając mnie samą z Zenkiem.
***
                Ruda wróciła po tygodniu, ciągnąc za rękaw i co rusz popędzając idącą powoli blondynkę.
                - O, jesteście - zauważyłam zatopiona w tekście.
                - Tak - syknęła Dagmara - jesteśmy. I powinnaś paść przede mną na kolana za moje poświęcenie!
                - Tak, tak - machnęłam ręką na odczepnego. Ruda już otwierała usta, żeby zacząć na mnie wrzeszczeć, ale w naszą rozmowę wtrącił się Zenek.
                - Tylko bez kłótni! Chyba po coś tu jesteśmy, tak?
                - Tak! - Dagmara natychmiast o mnie zapomniała i powrócił jej wcześniejszy entuzjazm. - Zen, mówisz!
                I pan Pomysł opowiedział pani Wenie o tym, co wymyślił. Magda usiadła na kanapie i zaczęła się zastanawiać. Rozejrzałam się za czymś do pisania. Kiedy trzymałam już w ręce zeszyt i długopis, Magda była gotowa do mówienia.
                - Zrobimy tak… - zaczęła, a ja wzięłam się za pisanie.
***
                Postawiłam ostatnią kropkę i oznajmiłam radośnie:
                - Skończone!
                Odłożyłam przybory do pisania na bok i przeciągnęłam się w fotelu. Dagmara była wyraźnie zadowolona z zakończenia pracy i dania upustu swojej nieodpartej chęci tworzenia. Wiedząc, że teraz ta trójka zrobi, co zechce, odwróciłam się do monitora i zabrałam za ficka.
                - A ty nadal to czytasz? - mruknęła skonsternowana Daga.
                - No coś ty! - żachnęłam się. - Drugi zaczęłam!


~*~
Takie tam... Nic szczególnego, ale spokojnie - na następną notkę planuję coś bardziej... hmm... ambitnego xD

piątek, 25 maja 2012

W - Potok słów

potok słów
spisany czarno na białym
emocje
i łzy
i śmiech
i nadzieja
jak słońce wschodzące
w duchu goszcząca
i przeżywasz to wszystko
jakbyś ty sam tam był
boś przygód łaknący
i uczuć
i to wszystko się
w tobie zapisuje
swoje piętno zostawia

potok słów został spisany
czarno na białym
by móc powracać
do fragmentów ukochanych

M - Śpiączka


Choroba jest na ogół początkiem tego równania, którego wynikiem jest śmierć.
Samuel Johnson

                Ból. Rozrywa całe ciało. Nie ma nic innego. Jedno słowo, które składa się na całe wspomnienie. To boli. Mam dość. Ja już nie chcę! Niech to się wreszcie skończy!
                Ukłucie. Znowu coś podają. Ale to nie działa! Dlaczego TO NIE DZIAŁA?! Oni są lekarzami, do cholery! Powinni umieć temu zaradzić! Czemu tego nie skończą?! Niech oni to w końcu wyłączą!
                I wtedy nastała ciemność…
***
                Ciemno… Pusto… Czy ja latam? Fajnie… Nic nie boli… I tak spokojnie… Żadnych ukłuć. Żadnych łez. Jest pięknie…
                                Pik. Pik. Pik.
                Co to? Nie, już się skończyło. Brzmiało, jakby z daleka, ale teraz znowu jest tak cicho… Musiało mi się wydawać.
                                Lekarze mówią, że możesz słyszeć…
                I znowu urwało się po chwili… Może jednak naprawdę to słyszałam? Ciekawe, ile minęło czasu? Tydzień? Dwa?
                                Kiedy się wreszcie obudzisz? Nie zostawiaj mnie…
                Przestańcie zakłócać moją ciszę! Mi tu jest tak dobrze…
***
                Nagle ciemność się rozjaśniła… A w świetle pojawiła się Ona… Inaczej ją sobie wyobrażałam… Myślałam, że to będzie kościotrup w czarnym płaszczu i z kosą. Albo kobieta ubrana na czarno, z czarnymi włosami, czarnymi skrzydłami… A co zobaczyłam?
                Małą, zaledwie siedmioletnią, dziewczynkę w białej letniej sukience… Uśmiechała się delikatnie, a jej blond włoski były związane w dwa kucyki przewiązane niebieskimi wstążkami. Była taka beztroska, słodka, szczęśliwa…
                I wtedy zadała jedno pytanie:
                - Pójdziesz ze mną?
***
                                Piiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiii!
***
                Zgodziłam się…

M - Kartka i pióro

- Cześć wszystkim! Witam Was w programie "Kartka i pióro"! Jestem prowadzącą. Mam na imię Zosia. Zostało na Was rzucone Zaklęcie Kameleona, żebyście nie rzucali się w oczy. Dzisiaj odwiedzimy pewne trzy osóbki. Jedną na pewno kojarzycie. - Zosia mruga. Odwraca się tyłem do publiki. Bierze dwa głębokie oddechy i mówi do ściany:
- Błękitna krew.
Otwiera się przejście. Prowadząca wchodzi do pokoju skąpanego w zielonej poświacie. Wzrokiem wyławia dwie dziewczyny rozmawiające ze sobą na kanapie. W tym momencie blondynka, siedząca przodem do wejścia, szturcha swoją przyjaciółkę i wskazuje na Zosię. Brunetka powoli odwraca głowę i kiedy zauważa blondynkę, zaczyna biec w jej kierunku.
- Zosia! - Rzuca jej się na szyję. - Co ty tu robisz? - pyta, odsuwając ją na odległość ramion.
- Od dzisiaj mieszkam. - Uśmiecha się szeroko pytana.
- Ale... - zaczyna niepewnie. - Czy ty aby nie byłaś zawsze po stornie Gryffindoru?
- Owszem. - Zosia wzrusza ramionami. - Ale charakteru nie zmienię, jestem Ślizgonką i zostanę Ślizgonką. Lepiej się z tym pogodzić niż walczyć. Po za tym - dodaje po chwili - w Gryffindorze nie ma was. - Wyszczerza się do swojej rozmówczyni i jej towarzyszki, która właśnie dochodzi.
- Zośka! - słychać gdzieś z boku. - Co ty tu robisz?! Czy ty aby nie chciałaś być w Gryffie?
- Błagam, przed chwilą to przerabiałam... Charakteru nie zmienię.
- Zwłaszcza mojego, co?
- O co ci znowu chodzi? Źle ci tu? - Zosia udaje zawiedzioną. W końcu to ona ją tu umieściła.
- A nie, tak po prostu lubię wkurzać ludzi. - Na jej twarzy pojawia się szeroki uśmiech.
- Zwłaszcza Kubka, co? Zwłaszcza jak ci zaszpanuje jakimś zdaniem z francuskiego. - Blondynka wystawia język rozmówczyni.
- No co? To moja ślizgońska natura się odezwała. - Zakłada ręce na piersi i również prezentuje swój narząd smaku.
- A tak w ogóle to wiesz, że czytelnicy twierdzą, że powinnaś być w Hufflepuffie albo Ravenclawie? Nikt nie proponował Slytherinu...
- Co? Jakim cudem?!
- A nie wiem, ale czytelnicy zawsze mają rację, więc wynocha mi stąd! - Zosia pokazuje palcem wyjście z pokoju wspólnego.
- Uważaj, bo wrócę do Polski i pogadam sobie z twoimi czytelnikami...
- Właśnie się zorientowałam, że przeżywamy inwazję - rzuca Selena. - Już dwie Polki tu mamy... A ty Roksana to jesteś wredna. Zosię nam zabierasz. - Ciągnie omawianą w swoją stronę.
- Wiecie, coś mi się przypomniało... Czytelnicy to wszystko czytają...
- Od kiedy?! - Trzy głosy naraz. I to tuż przy uszach Zosi, to musiało boleć.
- Od kiedy weszłam do środka - piszczy.
- CO?! I dopiero teraz nam o tym mówisz?! - krzyczy Sel.
- No zapomniałam...
- Nie ma zapomniałam! - wydziera się Roksana. - Oni czytali całą naszą rozmowę bez naszej zgody! Nie ma!
- Ej, dziewczyny, po co się tak zaraz denerwować... W końcu nie mówiłyście nic, czego ktoś nie mógłby usłyszeć... - Zosia zasłania się rękami. Do Sel i Lizy argument widocznie dociera, bo zaprzestają niebezpiecznie zbliżać się do dziewczyny. Jednak Roksana, dalej patrząc groźnie na Zosię, zwraca się do niej:
- Miałaś nas poinformować, kiedy dokładnie przyjdziesz tu z tym swoim programem... A ty nic nie powiedziałaś! Ba! Nawet nie powiedziałaś, że nas odwiedzisz! Poza tym... Dzisiaj jestem wkurzona i muszę się na kimś wyżyć, a ty... Jesteś pod ręką. - Uśmiecha się szatańsko.
- Roksi, co ty chcesz mi zrobić...? - pyta zagrożona piskliwym głosem. - Roksi, przecież to ja. Zosia, pamiętasz? To ja wysłałam cię do Paryża, dałam ci Artka, nawet sprawiłam, że po nim nie płakałaś...
- Było minęło. - Roksana wzrusza ramionami.
- Roksi, po co ci to? Roksi, co ty chcesz z tym zrobić? Roksi?! Roksi! NIE! RATUNKU!


Ze względu na szczególne okrucieństwo tej sceny producent przerwał program.
Dziękujemy i przepraszamy za kłopoty.

~*~
Notka w całości dedykowana mojemu kochanemu Lenikowi! Dlaczego drugi raz pod rząd? Bo dzisiaj, tj. 12 grudnia, jest taki jeden szczególny dzień w roku, a mianowicie: urodziny Leeni!


Siostrzyczko kochana,
w tym dniu szczególnym
padam przed Tobą na kolana.
Nie zanudzam niczym nudnym,
lecz życzenia składam:
Sto lat w zdrowiu, bez choroby
Żeby wena zawsze była,
nie tak sobie odchodziła.
Żebyś mi wierzyła w siebie
to poczujesz się jak w niebie.
Dużo szczęścia i miłości
no i jeszcze cierpliwości:
do Twych braci
i do błędów moich,
i do Nek, gdy nie chce pisać.
Te życzenia, z serca prosto,
są dziś Tobie przeznaczone.
Kiedy na nie tak spoglądam
to mam oczy przerażone,
bo to się nie mieści w głowie,
żebyś Ty dostała takie coś,
ale, powiem szczerze, mam już dość.

M - Niezapomniane wakacje


I nagle los ci mówi głośno
Teraz ja ci uświadomię
Prosto w oczy ci się śmieje
Fenomen

               Gdybyście mieli narysować los, jak wyglądałby wasz obraz? Na moim byłaby kobieta. Siedziałaby na tronie i trzymała wypalonego do połowy papierosa w lewej ręce. Miałaby bordową suknię, która lałaby się jedwabnymi falami do podłogi. Długie kruczoczarne włosy okrywałyby jej ramiona. Patrzyłaby na mnie swoimi ciemnymi oczami, a krwistoczerwone usta uśmiechałyby się z ironią. U jej stóp leżałaby czarna pantera i łypała na mnie żółtymi ślepiami.
               Albo narysowałabym małe dziecko. Niewinnego bobasa, siedzącego wśród rozsypanych dookoła klocków. Znudzony czekałby na nową zabawkę, na jakąś rozrywkę. A tą rozrywką byłoby moje życie.
               A może byłabym to ja? Niewyżyta pisarka układająca swoją własną historię, nawet nie wiedząc, że gra w niej główną rolę.
***
               Te wakacje miały być wyjątkowe. Nie miałam, jak co roku, jechać do dziadków. Tym razem planowałam zupełnie co innego. Nie zrozumcie mnie źle - kocham babcię i dziadka, tak samo kocham Żarki*, ale przecież jestem nastolatką, hello! Potrzebuję jakiegoś zróżnicowania!
               Sama nie wiem, jak w końcu udało mi się namówić rodziców na ten wyjazd, ale pamiętam, że musiałam się nieźle natrudzić. Błagałam, składałam przeróżne obietnice, raz nawet groziłam, aż wreszcie się zgodzili - jechałam do Francji!
***
               Do Paryża mieliśmy polecieć samolotem. Mama długo nie wypuszczała mnie z objęć i pewnie ściskałaby mnie nadal, gdyby nie uratował mnie upragniony komunikat:
               - Pasażerowie lotu numer pięćdziesiąt trzy do Paryża proszeni są o udanie się do bramek kontrolnych.
               Szczęśliwym trafem udało mi się zająć miejsce przy oknie. Obok usiadła jakaś blondynka, która jednak nie zwróciła na mnie najmniejszej uwagi. Cóż, z wzajemnością.Cud, że w ogóle odnotowałam jej kolor włosów. Ale za to przede mną siedziało dwóch chłopaków. Należy dodać, że niczego sobie chłopaków. Sądząc z ich rozmowy znali się już od dłuższego czasu. Wcale ich nie podsłuchiwałam!
               Ostatnie osoby już zajęły miejsca, ale i tak musieliśmy czekać, aż pojawi się stewardessa. Stanęła na środku korytarza i zaczęła tłumaczyć, jak zapiąć pasy. Błagam! Co może być w tym trudnego?! Wyłączyłam się i patrzyłam przez okno na pas startowy. Świadomość odzyskałam dopiero wtedy, kiedy usłyszałam klikanie pasów. Wzięłam swój w ręce i już byłam zapięta. Mówiłam, że to łatwe?
               Wreszcie ruszyliśmy. Przez szybę obserwowałam coraz mniejszy krajobraz. Podziwiałam pola pod nami, kiedy usłyszałam cichutki pisk. Jakby jakaś mysz… Spojrzałam w lewo. Ręce blondynki lekko się trzęsły.
               - Boisz się? - spytałam. W odpowiedzi pokiwała głową. - Czego?
               - Mam lęk wysokości - jęknęła.
               - To czemu lecisz samolotem? Przecież można było jeszcze wybrać autobus…
               - Rodzice się uparli - wyjaśniła. - Powiedzieli, że muszę przezwyciężyć strach…
               - Spróbuj nie patrzeć przez okno - poleciłam. - Jestem Roksana. - Wyciągnęłam w jej stronę rękę.
               - Klaudia.
***
               Zostawiłam walizkę przy drzwiach i rzuciłam się na łóżko. Po chwili przez drzwi weszła moja współlokatorka.
               - Głupia… awaria... windy… - wydyszała.
               Podniosłam się do pozycji siedzącej i wzruszyłam ramionami. Teraz dopiero rozejrzałam się po pokoju.
               - Patrz! - Poderwałam się na równe nogi. - Mamy balkon!
               Nie czekałam na żadną odpowiedź, po prostu podbiegłam do drzwi i otworzyłam je z rozmachem. Oparłam się o barierkę i wzięłam głęboki oddech.
               - Aaa! - pisnęłam. - Klaudia! Chodź to zobacz! Szybko, no!
               - No przecież już idę. Co się tak… - Urwała, kiedy zobaczyła wieżę Eiffla migającą jak choinka na tle czarnego nieba. - O kurczę…
               - Wiesz, co właśnie sobie uświadomiłam?
               - Co?
               - Kocham Paryż! Aaa! - Oparłam się o barierkę i rozłożyłam ręce na boki.** - Je t'aime Paris!***
               - Kto się tak drze? - Na sąsiednim balkonie pojawił się ten sam chłopak, który siedział przede mną w samolocie. Artur. Wcale nie podsłuchiwałam!
               - Ja! - Zaśmiałam się. Usiadłam na jednym z plastikowych krzeseł, a nogi położyłam na barierce. - Jak chcesz, to mogę się jeszcze trochę podrzeć. - Wyszczerzyłam się do niego. A po chwili znowu wybuchłam śmiechem.
               - Co ci? - Spojrzał na mnie, jakby zastanawiając się, czy zadzwonić do psychiatryka, czy już za późno.
               - Naćpałam się Francją! Tak w ogóle, to jestem Roksana, a to… eee… - Rozejrzałam się dookoła. - Klaudia, gdzie ty polazłaś?!
               - Weszłam do środka. - Z pokoju wychyliła się głowa blondynki. - Zimno mi było.
               - To bierz jakąś bluzę i chodź tu! Z sąsiadami się trzeba zapoznać!
               Po chwili dziewczyna była już na balkonie.
               - Tak więc to jest Klaudia - wskazałam ręką na koleżankę.
               - Cześć. My name is Artur. - Uśmiechnął się.
               - Weź, nie szpanuj angielskim, bo ci nie wychodzi. - Zgasiłam go? I dobrze!
               - A umiesz lepiej?
               - Nie, ale nie udaję, że tak. - Wystawiłam w jego stronę język. - A ty co? Sam w pokoju mieszkasz? Coś nie wierzę. Wołaj no tu współlokatora! Jak integracja to integracja!
               - Jak sobie życzysz, milady. - Ukłonił mi się teatralnie i wszedł do swojego mieszkania. Po chwili wrócił z chłopakiem, z którym siedział w samolocie. - Drogie panie - zaczął - pozwólcie, że przedstawię wam młodzieńca z którym pokój dzielę - o to sir Jakub!
               - Czy ty się dobrze czujesz? - Kuba spojrzał krytycznie na Artura. - A za tego Jakuba to powinieneś w łeb dostać! Pamiętajcie - tu zwrócił się do nas - nigdy nie mówcie do mnie pełnym imieniem, bo tego gorzko pożałujecie! Po prostu Kuba… albo Kubek.
               - Jak? - zdziwiła się Klaudia. - A skąd to przezwisko?
               - Bo jego koleżanka przeczytała jakiegoś bloga i tam jakiś gość był, na którego wszyscy mówili Kubek**** i ona powiedziała, że to całkiem podobnie do Kuby brzmi - wyjaśnił za przyjaciela Artur.
               - I od tej pory wszyscy tak na mnie mówią - uzupełnił drugi chłopak.
               - Teraz zaszpanuj dziewczynom językoznawstwem, bo nie chciały się poderwać na mój angielski - rzucił Artur.
               - Je suis à Kuba.*****
               - Super… - Tym razem wygrał. - To teraz dawaj na polski, bo że po francusku to się domyśliłam.
               - Jestem Kuba.
               - Tyle to wiem, ale co powiedziałeś? - Podroczę się z nim, a co!
               - No, że jestem Kuba.
               - Ja Roksana, to Klaudia, a to Artur, jak już się wszyscy znamy, to przetłumaczysz to dla mnie?
               - Przecież cały czas tłumaczę…
               - A co? - Ciekawe ile wytrzyma…
               - Zdanie „Je suis à Kuba” na polski. - Najpierw musiał wziąć głębszy oddech. O tak! Roksana obejmuje prowadzenie!
               - O, no to dawaj!
               - A więc…
               - Nie zaczyna się zdania od „a więc”! - Klaudia i Artur pękali ze śmiechu, kiedy patrzyli na wytrąconego z równowagi Kubka. Ja jeszcze się powstrzymywałam. - Mów dalej…
               - A więc - Słyszeliście?! On to zaakcentował specjalnie dla mnie, mówię wam! - to znaczy „Jestem Kuba”.
               - Czy my już tego nie przerabialiśmy? Powtórzę ostatni raz: My. Wiemy. Jak. Się. Nazywasz. Przetłumacz w końcu to zdanie.
               - Do cholery jasnej! Cały czas tłumaczę! „JE SUIS À KUBA” ZNACZY DOSŁOWNIE „JESTEM KUBA”! ILE RAZY MAM TO POWTARZAĆ?! - Ha! Punkt dla Roksany! Obecny wynik: 1:1.
               - Jeden raz wystarczy, dziękuję. - Uśmiechnęłam się słodko.
               - Dobra, wiecie zimno się robi - stwierdziła moja koleżanka po jakimś czasie - może pogadamy w środku?
               - Zrobimy piżama party! Macie karty? - spytałam chłopaków. - Świetnie, pójdziemy do waszego pokoju - powiedziałam, kiedy pokiwali głowami.
               - Tylko się nie grzebcie za bardzo, dziewuchy! - Dobiegł nas krzyk Artura.
***
               Już po kilku dniach bohaterowie wyjazdu byli wytypowani. Roksana, Klaudia, Artur i Kuba. Nasza czwórka była najbardziej rozpoznawalną ze wszystkich uczestników. Zawsze trzymaliśmy się razem i to my odwalaliśmy największe głupoty. Nawet nie wiem kiedy zorientowałam się, że Artur mi się podoba. Wygląda na to, że ja mu też, skoro skończyliśmy jako główna para obozu.
               Wyjazd był z jakimś biurem podróży, nawet nie pamiętam, jak się nazywało, ale podobały mi się ich zasady: mało zwiedzania, dużo samowolki. Mogliśmy całymi dniami łazić po mieście i robić, co nam się żywnie podobało. Nic więc dziwnego w tym, że ostatniego dnia wieczorem znaleźliśmy się z Arturem na szczycie wieży Eiffla.
***
               - Piękny widok… - Rozmarzyłam się. - Mówiłam już, że kocham Francję?
               - Tak. - Zaśmiał się chłopak.
               - A Paryż?
               - Też.
               Prychnęłam.
               - No super! Kończą mi się pomysły! - Założyłam ręce na piersi, jak mała dziewczynka. - O wiem! Kocham wakacje! O!
               - Tego jeszcze faktycznie nie było.
               - No widzisz? Ja umiem myśleć!
               - Co? - Zrobił zaskoczoną minę. - Myśleć? Ty… myśleć? Trzeba napisać do prasy!
               - No wiesz? - Uderzyłam go pięścią w ramię. - Tak własnej dziewczynie?!
               - No właśnie… - Odchrząknął.- Widzisz… My chyba…
               - Powinniśmy zerwać - dokończyłam za niego.
               - Taa…
               - Szkoda - stwierdziłam. - Było fajnie, nie?
               Chyba go zaskoczyłam.
               - Nieźle zareagowałaś…
               - Ar, błagam cię…To, że zerwiemy, było tylko kwestią czasu… - Pokręciłam głową. - Co niby miałam ci robić awanturę na cały Paryż, popłakać się, dać ci z liścia? Jeśli tak, to przepraszam, ale nie mam zamiaru. To nie był prawdziwy związek, przyznaj…
               - Tak, wiem, po prostu tego się nie spodziewałem. Cóż… Zapomniałem, że ty nie jesteś normalna.
               Zaśmiałam się.
               - No wiesz, co? Myślałam, że przez te dwa tygodnie czegoś się o mnie nauczyłeś.
***
               Czy po tym płakałam? Nie. Czy cierpiałam? Nie. Czy było mi smutno? Trochę. Od początku nie brałam tego związku na poważnie.
               Ale muszę coś przyznać - los jest kapryśny i… chyba mu się nudziło… Paryż - miasto miłości, wieża Eiffla - chyba najromantyczniejsze miejsce na świecie, wieczór - pora zakochanych, a my zrywamy. Co za ironia…

*Żarki - niewielka miejscowość na Wyżynie Karkowsko-Częstochowskiej, mniej więcej w połowie drogi między Krakowem a Częstochową.
**Taka scena jak z „Titanica” xD
***Je t’aime Paris! franc. Kocham cię Paryżu! - wujek Google powiedział, że można tak powiedzieć, więc napisałam, jeśli któraś z was umie mówić po francusku i widzi tu błąd, proszę o powiedzenie.
***** Je suis à Kuba według wujaszka Googla znaczy Jestem Kuba, ale ja nie jestem pewna co do tego à, więc proszę kogoś, kto się zna o konsultację.